.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 We are what we pretend to be, so we must be careful about what we pretend to be.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Vincent Keith Lloyd
WRONA

avatar

Liczba postów : 14
Join date : 30/08/2016

PisanieTemat: We are what we pretend to be, so we must be careful about what we pretend to be.   Wto Sie 30, 2016 12:31 am


Imię i nazwisko:
Vincent Keith Lloyd

Wiek:
17 lat, urodzony 30. listopada roku 1981

Pochodzenie:
Amestris, Rush Valley

Miejsce zamieszkania:
Rush Valley

Grupa:
Chimera

Ranga:
Wrona

Charakter:
Charakter Vince’a jest mocno skomplikowany i nieraz ciężko chłopaka rozgryźć, jednak podstawową jego cechą, którą widać w niemal wszystkim, co robi, jest… lenistwo. Jest to człowiek, co z własnej woli rzadko cokolwiek zrobi i trzeba mocno się namęczyć, by przekonać go do działania. Albo ewentualnie go przekupić, bo jako dość skromnie żyjąca osoba potrzebuje wszelkiej pomocy finansowej, więc zazwyczaj nie nastręcza to większych trudności. Apatyczna zazwyczaj twarz jasno mówi, że woli leżeć cały dzień plackiem, może coś zmajstrować, jako że można go nazwać złotą rączką, ale pracować jakoś bez powodu? A za nic. No chyba że za wspomniane wcześniej pieniądze. Albo kurczaka. Należy do wielkich fanów jedzenia, w szczególności mięsa. Pudełko jakiegoś jedzenia jest zdolne załatwić sprawę równie skutecznie co plik banknotów. Na sam zapach smażonego kurczaka unosi głowę, automatycznie ruszając w stronę aromatu. Jednak nawet jeśli go nakarmisz, nie licz na dobrą wolę poza podziękowaniem, chyba że wcześniej wyraźnie zaznaczysz, że posiłek jest zapłatą. Z pewnością nie jest jednym z tych, co poczuwają się do obowiązku odwdzięczenia się za bezinteresowny gest, za to wszelkie umowy traktuje dość poważnie i z nich się wywiąże.
Ciężko jest wzbudzić jego zaufanie. Mało kogo zna bliżej niż z jakichś oficjalnych relacji, a choć klientów traktuje ze sporą swobodą przysługującą mu jako niedorosłemu jeszcze dzieciakowi, to raczej nie pozwala nikomu niebezpiecznie się do siebie zbliżyć. Ma to związek z byciem chimerą, na której władze pewnie chętnie położyliby swoje łapy, gdyby się o nim dowiedzieli. Krycie swojej tożsamości nie zachęca do otwierania się i zawierania znajomości. Nie zamyka się na siłę, odkrywszy dawno temu, że przez to ludzie zazwyczaj jeszcze bardziej pragną dowiedzieć się czegoś o jego osobie. Zamiast tego stara się odpychać ludzi swym zachowaniem - kompletnym brakiem taktu czy ogłady, przesadną swobodą, protekcjonalnością niezbyt pasującą do tak młodej osoby albo zwyczajnym zachowywaniem się jak buc. Nie narzuca się z tym nikomu, ale dość ostentacyjnie owe zachowania pokazuje, żeby nikt nie miał wątpliwości, co go czeka, gdy tylko spróbuje się zbliżyć. Jest społecznym wyrzutkiem nie tylko z konieczności, ale i z wyboru. Potrzeba bliskości innego człowieka jest mu właściwie obca - od bardzo dawna radził sobie sam i z tej samodzielności jest nadzwyczaj dumny, o ile takie wyższe uczucie można mu przypisać.
Pewnie nigdy nie widziano go podekscytowanego niczym, nawet jakby spadł mu na drogę asteroid, pewnie by popatrzył z miną wyrażającą “not this shit again” i poszedł dalej. Zaskoczenie jak najbardziej jest na miejscu, radość też odczuwa, choć rzadko z odpowiednich ku temu powodów, jednak ekscytacja to coś zupełnie innego. A i tak najczęściej na jego twarzy gości znużenie, jakby nic wokół nie było interesującego czy godnego jego uwagi. No i rzeczywiście ciężko o coś ciekawego, jak całe dnie przesiaduje się w swoich czterech ścianach. Jako osoba słaba fizycznie, leniwa i źle znosząca upały preferuje raczej przesiadywanie w swoim małym mieszkanku zawalonym kartonami, jakby dopiero co się do niego wprowadził. Wszystkich klientów przyjmuje u siebie, gdzie ma do pracy wszelkie materiały. Chociaż trzeba liczyć się z tym, że młody mechanik jest osobą zrzędliwą, marudną, zgryźliwą i raczej rzuci suchym i poirytowanym hasłem niż zmartwi się losem człowieka. Zazwyczaj średnio przejmuje się ludźmi i ich zdaniem. Ma co prawda kilka bliższych osób, z pewności jednak nie jest to jakieś gorące uczucie. Trzymanie całego świata na dystans ma jednak swoje konsekwencje. Najzwyczajniej w świecie ma problem z bezpośrednim wyrażaniem tego, co naprawdę czuje, i poniekąd to przez to ma problemy z nawiązywaniem normalnych, ludzkich relacji. Nie potrafi się w nic zaangażować, większość rzeczy traktuje jako nudną rutynę, coś, co po prostu jest obecne w jego życiu od zawsze bo tak. Nie ma zamiaru do nikogo się przywiązywać, bo przecież szybko ta osoba może zniknąć bądź go rozgryźć i sprzedać.
Mimo wszystko jest raczej spokojną osoba, by nie rzec dosadniej - zblazowaną. Nie jest łatwo go wyprowadzić z równowagi, chyba że jakimś dziwnym, odstępującym od normy zachowaniem. Nic co ludzkie nie jest mu obce, ale jak człowiekowi, z którym gada, brakuje piątej klepki i nie może go rozgryźć, to już nie bardzo wie, jak reagować poza wyrzucaniem rozmówcy, że jest dziwny, że on nie wie i w ogóle. Jednak przy ludziach nieodstających od normy zachowuje się spokojnie i raczej zaszyje się w kącie, by nie zwracać niczyjej uwagi, niż zacznie grać pierwsze skrzypce. W ogóle średnio mu leży przebywanie w centrum uwagi - tu również wpływ ma to, kim jest i że jednak życie w ukryciu zostało na nim wymuszone.
Ma też sporo nawyków wyrobionych przez lata. Spora część ma swoje źródło w zwierzęciu, z którym został połączony. Gdy czegoś nasłuchuje bądź gdy się zamyśli, po ptasiemu przekrzywia głowę. Jego ruchy również można określić jako ptasie - na przykład błyskawiczne zgarnianie czegoś z talerza czy półki, co przypomina skrzydlatego kradnącego dziobem ostatni kąsek. Żywo gestykuluje i macha rękoma, ilekroć coś zdoła go ożywić… najczęściej zbulwersować. A jego śmiech może odrobinę przypominać krakanie. Nie żeby często się śmiał, ale przecież zupełnie pozbawiony humoru nie jest. Głównie czarnego, szczerze mówiąc. Chociaż i tak raczej nie śmieje się z żartów, suchary kwituje pełnym politowania spojrzeniem czy przewróceniem oczami, a jak już się śmieje, to raczej ze specyficznej sytuacji a nie słów. Ot, raczej ponurak niż wesołek.

Wygląd:
Jakby nie patrzeć, Vince do starych nie należy. Ale to nie wszystko, bo wygląda na zdecydowanie niższego, niż jest w rzeczywistości. Czy to kwestia jego stu czterdziestu siedmiu centymetrów wzrostu? Z pewnością ma to jakiś związek. Tak samo jak jego dość mało dorosłe rysy mogące należeć i do trzynastolatka. Często przez to mylą jego wiek, a choć się do tego nigdy nie przyzna, już do tego przywykł. Może mieć to też coś wspólnego z jego przynajmniej mierną posturą. Chudy jak patyki połączone płachtami skóry, mięśni próżno szukać. Dla niego zrobienie większych zakupów już jest problemem, bo w końcu te torby trzeba jakoś do domu donieść. Ogólnie rzecz biorąc, nie przedstawia sobą zbyt imponującego widoku.
Co zaś się tyczy jego twarzy jest ona… ciężka do zdefiniowania. Do szpetnych z pewnością nie należy, mimo to ciężko go nazwać choćby ładnym, nie mówiąc już nic o takich określeniach jak “przystojny”, bo one nie kojarzą się z jakimiś dzieciakami. Ma nieco okrągłą twarzyczkę ze sporymi oczami o dość niezwykłej barwie fioletu. Skąd się ów kolor wziął, o tym później. Tak samo zresztą barwa włosów, która choć ciemniejsza, również jest fioletowa, chociaż w cieniu wydaje się czarna. Drobny, nieco zadarty nos i niewielkie usta sprawiają, że… nie, wcale nie przypomina lalki. Mimo tych składowych nie można go nazwać uroczym z tymi minami, które robi. Jego twarz zazwyczaj wyraża niezbyt pozytywne emocje, co od razu odbija się na odbiorze chłopaka w oczach innych.
Kosmyki o wspomnianym wcześniej fioletowym kolorze sięgają mu odrobinę poniżej karku, jednak bardziej charakterystyczna jest jego spora grzywka niemalże całkowicie zasłaniająca jego prawą połowę twarzy, w szczególności prawe oko. Odsłonięte natomiast zostawia lewe ucho, w którym tkwią dwa małe kolczyki - ot, najprostsze metalowe kulki. Tuż przy skórze głowy skrywają się natomiast pióra puchowe, które zachowują stałą temperaturę, dzięki czemu raczej nie marznie ani się nie przegrzewa na słońcu. A no i nie pozwala nikomu bawić się włosami, by ich nie zauważył. Nie żeby ktoś mu to proponował. Ale generalnie unika wszelkiego dotyku i zbliżeń.
Inną rzeczą charakterystyczną dla jego wyglądu są duże opierzone skrzydła. Może je rzecz jasna chować, widać je jedynie w jego uzwierzęconej formie. Mając rozpiętość kilku metrów i barwę czerni z fioletowymi, skarabeuszowymi przebłyskami są w stanie unieść go w powietrze i wykonywać wszelkie powietrze akrobacje - rzecz jasna póki się nie zmęczy, co przez jego posturę trudne nie jest. Największy problem stanowi wtedy jego ubranie. Uczony doświadczeniem przerabia nieco swoje koszulki w ten sposób, by były one rozpinane przynajmniej do połowy pleców. Dzięki temu może nie martwić się niszczeniem wierzchniego okrycia, ilekroć potrzebuje użyć swych zdolności. Poza tak przerobionymi podkoszulkami nosi zazwyczaj zwykłe spodnie, które podwija do połowy łydek, a gdy jest w domu - najzwyczajniejsze szorty. Kiedy zaś spotyka się z ludźmi, nosi bezrękawnik z kapturem. Po co mu dodatkowa warstwa ubrań, jak nie do utrzymania ciepła? A po to, by warstwy materiały ukryły nieco niekształtne plecy, które i tak zawsze garbi. Do tego jakieś tenisówki, kiedy już zdarzy mu się wyjść. Źle znosi upały, a że w South nie są one niczym obcym, rzadko to robi, przez co jego cera jest nadzwyczaj jasna, ponadto nieco ziemista.
Skrzydła jednak nie są jedyną cechą ujawniającą się po transformacji. Ze skroni wyrastają mu wówczas pokrywy, pióra zasłaniające uszy przed wiatrem wywoływanym szybkim lotem. Jeśli ktoś jechał szybko samochodem z otwartymi szybami, to wie, jak pęd powietrza potrafi w uszy boleć i jak łatwo od tego zachorować - owe pióra właśnie przed tym go chronią. Poza tym jego nos się wydłuża i nabiera haczykowatego kształtu w uogólnieniu przypominającego dziób, a nozdrza się zwężają, również by nie wychładzać przepływającego przez nie powietrza.
Jak jednak ma się zasada zachowania masy? W końcu skrzydła swoje ważą, nie mogą wziąć się z niczego. Otóż ma on więcej kości, niż przeciętny człowiek. Konkretniej żeber. Od tych głównych odchodzą cieńsze odnogi wciskające się w przestrzeń między nimi. Wygodne to to nie jest, często trudno mu się przez to schylać i swobodnie poruszać, choć z drugiej strony jego płuca i serce są lepiej chronione. Podczas przemiany tkanka kostna przemieszcza się, tworząc pneumatyczne kości, na których rozpinają się skrzydła. Ale zaraz, tak wesoło nie jest. Ścięgna, mięśnie, skóra… to wszystko też skądś się bierze. One również są ukryte na plecach Vince’a, przez co ten nieustannie się garbi i raczej nie pokazuje bez koszulki, bo cały tył tułowia pokrywają guzy i nieprzyjemne dla oka zgrubienia. Poza tym choć posiada dodatkowe kości, jednak nie ma ich na tyle, by podtrzymać całe skrzydła, więc… jego żebra w trakcie przemiany również robią się pneumatyczne. Oraz osłabione. Lepiej go mocno nie ściskać za nie wtedy, bo prawdopodobnie coś wam chrupnie w ramionach. A potem wrzaśnie z bólu. Tym czymś będzie chłopiec, który nie lubi być połamańcem. A i uścisków też nie lubi, najchętniej trzyma wszystkich na dystans.

Historia:
“Był sobie chłopiec, żył spokojnie, dorósł i umarł”. Nie, to wcale nie brzmi jak historia Vince’a. Raz, że póki co jeszcze jakimś cudem nie umarł. Dwa, że dorosły też jeszcze nie jest. No i trzy, spokojnym jego życia nazwać nie można.
Jego pierwsze wspomnienie pochodzi z czasu, kiedy miał nieco ponad pięć lat. Dość późno, ktoś by powiedział. Nie będzie w tym jednak nic dziwnego, gdy powie się, co jest owym wspomnieniem. Nieopisany ból przeszywający całe jego ciało. Wszelkie poprzednie wspomnienia przyblakły i schowały się przed tą falą cierpienia. Nie wiedział, co się działo z jego ciałem. Nie miał pojęcia o ojcu i jego pracodawcy, o przywiązaniu starszego Lloyda do przełożonego i tego, że w imię badań dostarczył jako obiekt eksperymentalny własnego syna. Doktor przeprowadzający eksperyment pochodził z Amestris, jednak wyjechał do Aerugo, gdzie łatwiej mu było unikać władz. Nie od dziś wiadomo, że tworzenie ludzkich chimer jest surowo zakazane, jednak on nigdy nie pojmował dlaczego - w końcu człowiek ssak, tak jak inne ssaki, więc w krzyżowaniu ich nie powinno być problemu. A że charyzmę miał niemałą, to zdobywał popularność i bezwarunkową lojalność współpracowników. Tak też pewnej nocy ojciec Vince’a wyprowadził niewiele rozumiejącego chłopca z mieszkania, dbając o to, by nie obudzić żony, po czym zaprowadził go do laboratorium. I tu dopiero wspomnienia Keitha się zaczynają.
Przez następne tygodnie trzymany był w izolatce w laboratorium, przeszywany bezustannie bólem wywołanym gwałtownym zmianom, którym poddane zostało jego ciało. Potrzebował czasu, by się zaadaptować do nowej sytuacji, nieustannie monitorowany przez naukowców. Po kilku miesiącach umiał już ukryć skrzydła, które zyskał przez przemianę. Z początku był nimi przerażony - coś, czego nie widział u żadnego człowieka, a którym mógł jedynie nieco podrygiwać. Gdy jednak utworzyły się wszystkie połączenia nerwowe, a cały proces się zakończył, kolejne tygodnie poświęcono na ćwiczeniu go w kontrolowaniu nowych umiejętności. Ogromna hala, częściowo umieszczona pod ziemią, umożliwiała mu praktykę latania, poza tym zostawała też kwestia chowania owych skrzydeł. Z czasem nauczył się zupełnie je ukrywać, przez co należał do tych chimer, które mają wyraźnie różne formy ludzką i zwierzęcą. Mimo to nawet jako człowiek widać po nim było niezbyt ludzkie cechy, o czym przypominały mu plecy za każdym razem, jak spojrzał w lustro. Oraz włosy… nawet naukowcy nim się zajmujący nie wiedzieli, skąd się wzięła ta mutacja, ale czarne wcześniej włosy nabrały fioletowej barwy. Bardzo ciemnej, wiec w półmroku nadal wydawały się kruczoczarne, ale jednak promienie słoneczne wszystko ujawniały. Tak samo jego oczy, te jednak z niebieskich stały się fiołkowe. No i opadające spomiędzy włosów puch, który okazał się malutkimi piórkami… Bardzo długi czas nie mógł się z tym pogodzić. Ale nie miał wyboru. Ojciec kazał mu wykonywać wszelkie zadania, a on przywykł do słuchania poleceń rodzica. Był w końcu dobrym dzieckiem. Nie wiedział tylko, czemu nigdy nie odwiedzała go jego matka… przez ponad dwa lata. A wtedy wzięła go za rękę i wyprowadziła z kompleksu, wsadziła w samochód i odjechała na północ. Vince miał wtedy osiem lat i nie wiedział, że przez cały czas jego matka samotnie go szukała po tym, jak obudziła się a ani jego, ani jej męża nie zastała w domu. Gdy jednak w końcu wpadła na ich trop, szukając czegokolwiek o pracy ojca chłopca, skontaktowała się z nim i przez szantaż, grożąc, że ujawni ich całą organizację, wywalczyła umożliwienie zabrania chłopca z powrotem. Wywiozła go do rodzinnego South, gdzie zamieszkali w nowym, mniejszym domu. Na szczęście okres, gdy potrafił krzyczeć całą noc z bólu, już dawno minął, był w stanie nawet normalnie funkcjonować, choć dłuższy czas nie chciał opuszczać czterech ścian bezpiecznego mieszkania. Jednak jego matka pracowała całe dnie, by zarobić na ich utrzymanie, więc przez ten czas pozostawał pod opieką mechanika, który wynajmował im owo mieszkanie znajdujące się nad jego warsztatem. Podpatrywał jak pracuje i pomagał mu, gdy ten o to poprosił. Traktował go może nie jak ojca, ale jak dziadka, do którego zawsze mógł się zwrócić z każdym problemem a staruszek machinalnie zaczął przekazywać chłopcu swą wiedzę. Dzięki temu gdy trzy lata później na gruźlicę umarła matka Keitha, ta wówczas jedenastoletnia chimera już całkiem nieźle sobie radziła z naprawą automaili, z których w końcu jego miastu słynęło. Nie dało się mieszkać w tym mieście i nic o nim nie wiedzieć. Dostał zatrudnienie u swojego opiekuna, przez co nadal mógł zamieszkiwać w mieszkaniu nad warsztatem, a staruszek co jakiś czas oddawał mu niektórych klientów całkowicie, by młody poznał, jak to jest mieć własnych podopiecznych, którym musiał zapewnić sztuczne kończyny, dzięki którym ci żyli jak normalni ludzie nawet po kalectwie. Chociaż po śmierci matki chłopak zgorzkniał i jeszcze bardziej unikał bliższych kontaktów z ludźmi, to do niektórych klientów zdołał się przywiązać… na swój własny sposób, ale jednak. Nadal mieszka i pracuje spokojnie w Rush Valley, unikając jak może ujawniania swojej tożsamości, którą zna jedynie jego chlebodawca.

Umiejętność specjalna:
Latanie - przez połączenie z wroną może przyjąć skrzydlatą formę, w której duże skrzydła niosą go po niebie. Może wykorzystywać prądy powietrza do szybowania czy wykonywać powietrzne akrobacje takie jak beczka, jednak jedynie w ostateczności przez słabą kondycję.

Umiejętności:
+ jakby nie patrzeć, mechanikiem jest całkiem niezłym - tworzy, naprawia i przerabia automaile, choć jego wiedza obejmuje wiele innych urządzeń, nie ogranicza się do sztucznych kończyn
+ pierze, gotuje, szyje, sprząta, czyli jest w pełni wykwalifikowaną gospodynią domową, w każdym razie, kiedy zbierze siły i motywację, bo w przypadku ich braku woli wyżywić się kromką chleba przez cały dzień
+ zna dobrze anatomię człowieka i funkcjonowanie organizmu; raz, że jako mechanik od sztucznych protez uczestniczy w rehabilitacjach no i musi znać wszelkie połączenia nerwowe, a dwa, że uczono go tego, by wyjaśnić, jakie anomalie zachodzą w jego własnym ciele

Słabości:
- bardzo słaby fizycznie, jako że większość czasu spędza w domu, niemalże się nie ruszając, jego mięśnie są słabo rozwinięte, więc jak trzeba coś przenieść, Vince od razu szuka pomocy po sąsiadach, a w czasie bójki i jakaś silniejsza dziewczyna potrafiłaby powalić go na ziemię
- niewyparzona gęba potrafi wplątać go w niemałe kłopoty, jeśli trafi na jakiegoś nerwowego gościa… albo po prostu kogoś, kto nie ma nieskończonej cierpliwości; naprawdę czasem po prostu nie wie, kiedy przestać gadać
- upały znosi gorzej niż źle, w wyjątkowo gorące dni potrafi leżeć plackiem na ziemi i nie robić zupełnie nic poza staraniem się przetrwać
- oschły, sarkastyczny, automatycznie złośliwy… nawiązywanie relacji jego dobrą stroną nie jest, nawet pytanie o drogę może się źle skończyć, szczególnie przy osobach o ograniczonej cierpliwości na takie jednostki
- jakby mu dać w dłoń pistolet, pewnie postrzeliłby się w stopę, nożem natomiast oskórowałby połowicznie obie dłonie… po prostu lepiej, by żadnej broni w dłoniach nie miał, nóż kuchenny jest wystarczającym wyzwaniem do poskromienia
- kamienny sen, znaczy zajście go, gdy akurat odpoczywa, nie jest niczym trudnym; ba, cała armia mogłaby mu tupać nad głową a on nadal chrapałby w najlepsze
- choć w przemienionej formie może latać, jego kości i mięśnie tułowia są wtedy osłabione i dość łatwo go poważnie uszkodzić

Ekwipunek:
* portfel z jakimiś drobnymi
* podręczny zestaw małego mechanika czyli pas z jakimiś kluczami francuskimi, śrubami i podobnymi narzędziami
* stara się mieć przy sobie jakieś przekąski
* obowiązkowa manierka z wodą, pije hektolitry wody i szybko bez niech usycha, niedosłownie rzecz jasna

Pozostałe informacje:
& śpi w kartonie, twierdząc, że na materacu jest za gorąco
& nie znosi swojego imienia, uważa je za sztywne i często przedstawia się jedynie drugim, według niego lepszym
& nie ma najmniejszego pojęcia, co się dzieje z jego ojcem i czy w ogóle jeszcze żyje; po prawdzie się boi jego i tego, że może wrócić, choć stara się tego po sobie nie okazywać i sprawia wrażenie, jakby jego temat go nudzi
& zaś o matce stara się nie rozmawiać, nie zdobył się jeszcze na odwiedzenie jej grobu
& kocha kurczaka w każdej formie
& ogólnie jest zatwardziałym mięsożercą
& stara się unikać wojskowych, bo boi się, co by zrobili z nim, gdyby się dowiedzieli, kim tak naprawdę jest
& nie przepada za muzyką, nawet jakby grał największy wirtuoz, uzna to za irytujące brzdąkanie, wycie, zgrzytanie czy cokolwiek innego
& omnimegoacotofaczotron
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Felix Leville
CHORĄŻY

avatar

Liczba postów : 34
Join date : 17/08/2016
Motto : Carpe diem!

PisanieTemat: Re: We are what we pretend to be, so we must be careful about what we pretend to be.   Wto Sie 30, 2016 12:49 am

...! Pomijając fakt, że wreszcie mam mechanika (<3), nareszcie ktoś z South!
Przemiany dogadane wcześniej ze mną, a choć jestem jak na razie marnym biolchemem, uznajmy, że to w tutejszym świecie możliwe c: No i... Tak, latające chimery to skomplikowana sprawa, więc zdecydowanie nie przesadzaj z lataniem... Także ja daję kolorek, a ty relacje wrzucaj!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
We are what we pretend to be, so we must be careful about what we pretend to be.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Magnum Opus - Fullmetal alchemist pbf :: Baza danych :: Kartoteka :: Zaakceptowane-
Skocz do:  





OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE Z ZEROCHANA, DEVIANTARTA LUB TUMBLRA. JEŚLI UŻYLIŚMY TWOJEJ PRACY I NIE ŻYCZYSZ SOBIE TEGO, SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI.

@ Moe(Roth) - Twórca stopki.
Kate - Autorka ogłoszenia
Za wszelkie przeróbki odpowiada Casey.