.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Admin
Admin
avatar

Liczba postów : 137
Join date : 01/07/2016

PisanieTemat: Ulice   Nie Lip 17, 2016 2:19 am

Sieć ulic, które przecinają miasto na każdy możliwy sposób. Są z reguły dość ciasne i wąskie, zatem podróż nimi samochodem nie należy do najłatwiejszych. Pokryte cienką warstwą śniegu i przeplecione łańcuchami latarni miejskich wyglądają nocą dość urokliwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://magnumopus.forumpl.net
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Sie 28, 2016 3:06 pm

Caseyowi umknęło, że kozy jakoś tak gniewnie spoglądają na jego nowego znajomego, bowiem jego uwagę bardziej przyciągało to urocze stworzonko, które siedziało mu właśnie na kolanach i próbowało skonsumować mu policzek ledwo wychodzącymi z dziąseł zębami, na co też chłopak reagował zachwyconym chichotem. Takie coś łaskotało, ale z drugiej strony byłoby trochę niepokojące, gdyby gryziony nie był Casey, a ktoś o raczej... normalnym i dorosłym podejściu do życia. Ten natomiast był niesamowicie zadowolony faktem, że takie kochane zwierzątko poświęcało mu swoją uwagę i na resztę świata zwrócił uwagę dopiero na groźbę Naohiro dotyczącą siana. 
- Pan mnie nie zatyka, bo więcej nic nie powiem o alchemii i będzie mi smutno! - Odbił piłeczkę, posyłając przy tym mężczyźnie uśmiech tak szczery i pozbawiony wszelkiej złośliwości, jak tylko to było możliwe w przypadku Flynna. Wydawało mu się, że Iwaizumi nie był osobą skłonną do proszenia o pomoc z czymkolwiek samemu, także najprawdopodobniej był skazany na towarzystwo Caseya do czasu, aż nie zdecyduje się go przejąć inna dobra dusza. Następnie na oczach chłopaka rozegrała się scena walki na spojrzenie istoty o przenikającym przez człowieka na wylot spojrzeniu godnym seryjnego mordercy, natomiast drugą stroną konfliktu była koza, która niebezpiecznie zbliżała się do Naohiro. Flynn zareagował głośnym śmiechem w pierwszej chwili, a zwierzak siedzący mu na kolanach polizał zielonego po policzku, jakby chciał go jeszcze dobić kozią bliskością, która miała mu towarzyszyć jeszcze bardzo długo. Ostatecznie Casey pomógł mu odgonić kozła, który ustawił się po przeciwnej stronie przyczepy i tylko łypał groźnie na obu ludzi przez dłuższy czas. Przyszła też pora, by jakoś uspokoić towarzysza i... potrollować go.
- Panie Nyao, bo wie pan, w towarzystwie kózek nie zmarzniemy jak już dotrzemy do North! Tam cały rok jest dość chłodno, a wszystko tu wytwarza ciepło i nie będzie tak źle. Tylko na miejscu musimy skombinować sobie jakieś porządniejsze ubrania, bo jednak w końcu zmarzniemy i będzie trochę kicha, zwłaszcza jak chcemy zostać w North dłużej. Podobno mają bardzo sycącą kuchnię i świetną gorącą czekoladę! Mogę pana wziąć na coś takiego? Bo... - Tutaj głosik chłopaka stał się nadzwyczaj niewinny, zaś zarówno oblicze jego jak i uroczej kózki zwróciło się ku Naohiro. Twarz Caseya mogła wyglądać na zawstydzoną, z policzków nie schodził rumieniec - wcale nie pozostawał on na nich jeszcze przez ekscytację, jaką wywołało spotkanie z kozami i śmianie się dłuższą chwilę - a oczy w pewnej chwili uciekły spojrzeniem na bok. Mały, podły troll w akcji, podejście kolejne. 
- B-bo wie pan... Ja bardzo chciałbym... odwdzięczyć się panu Nyao za towarzyszenie mi w podróży i pomoc w spełnianiu marzeń... - Powiedział głosem nieco głośniejszym niż szept i jeszcze na moment spojrzał na Naohiro, chcąc sprawdzić, jaki efekt przyniosła jego mała gra. A potem wrócił do zabawy z kózką, która uprzednio powiedziała do mężczyzny "maaaa... ma~", co jeszcze dopełniło obrazu uroku absolutnego.
Casey dłuższy czas nie zaczepiał swojego towarzysza i tylko nucił coś pod nosem albo gadał ze swoim nowym, kózkowym przyjacielem. Naohiro jednak nie mógł zostać zignorowany przez inne zwierzęta i w pewnym momencie do zielonego podszedł stary, liniejący kozioł, który zaskakująco przypominał Iwana Iwanowicza. Zwierzę popatrzyło mu prosto w oczy, zaś bokiem z jego mordki wyszedł język; to prawdopodobnie skłoniło kozę do zabrania głosu w tej sprawie. 
- ŁABLAFAFAFAFFAFA. - Oznajmił głośno zwierzak, machając przy tym językiem na wszystkie możliwe strony. Cały czas patrzył w oczy Naohiro, jakby oczekując od mężczyzny zrozumienia.
- ŁAAAAAA - podjęła temat inna koza z zezem rozbieżnym. 
- AFLAFAFLAFA? - Spytała kolejna, której futro na głowie układało się w dziwnie ulizany pędzel. 
- Yeee! - dodała ta siedząca na kolanach Caseya niskim, basowym głosem, natomiast chłopak zaczął w kolejnej chwili śpiewać piosenkę dla dzieci o starym Donaldzie, który farmę miał, oczywiście w akompaniamencie kozich zaśpiewów rytualnych. W towarzystwie takiej muzyki, niewątpliwie niesamowitej i ujmującej każde serce ludzkie i nie tylko, Casey i Naohiro dotarli na obrzeża North City - zatrzymali się na ulicy ledwo graniczącej z podnóżem gór Briggs. Tam Iwanowicz zatrzymał wóz, pasażerami szarpnęło, zaś kozy stanęły jak na baczność i nagle wszystko ucichło. Drzwi otworzyły się, zaś właściciel samochodu pomógł wyjść Flynnowi, na koniec całując jego dłoń tak, jakby alchemik faktycznie był kobietą. Naohiro został wyprowadzony z przyczepy w mniej przyjemny sposób - kozioł, który na początku podróży walczył z nim na spojrzenia, wypchnął go z pojazdu mocnym uderzeniem prosto w tyły. 
- ŁAFLAFA. - Oznajmił kozioł warkliwym głosem i posłał mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie. Iwan Iwanowicz zgarnął do siebie Caseya i, choć prawdopodobnie chciał powiedzieć to szeptem, rzekł głośno:
- Trzymaj faceta krótko, ni pozwól mu do innej iść! - Bardzo prosta sprawa; chłopak słysząc inwersję w wypowiedzi staruszka i jej pouczający ton skinął głową i zrobił duże oczy. Starszy pan poklepał Naohiro po ramieniu, posłał mu porozumiewawczy uśmiech i wrócił do samochodu, po czym odjechał. Flynn odprowadził znikający na horyzoncie wóz spojrzeniem, po czym... 
Bardzo, ale to bardzo donośnie kichnął. 
- ŁETSIU! - Bo po co kichać normalnie? A echo tylko wtórowało: łetsiu-tsiu-tsiu-tsiuuuu, by na końcu rozległ się odgłos nadchodzącej lawiny. Słysząc to chłopak pytająco popatrzył na Naohiro, jednak kiedy dostrzegł, co było źródłem owego odgłosu, błękitne oczy otworzyły się szeroko, wyrażając strach. Śnieg pędził właśnie prosto na północne ulice North City.
W tym właśnie na nich. 
Reakcja chłopaka wbrew pozorom była bardzo szybka - wyszarpnął z kieszeni rękawiczkę z kręgiem transmutacyjnym, nałożył ją na rękę, zaś dłoń przycisnął do podłoża, modląc się, że tym razem alchemia zadziała jak powinna. I podziałała - obaj zostali osłonięci twardą, kamienną ścianą, nieco zakrzywioną, by śnieg nie zaskoczył ich od góry. Gdy lawina zasypała okolicę, ale ze strony góry już nie było słychać odgłosów zwiastujących drugą falę, Casey zaczął odpychać śnieg tak, by mogli spod niego obaj wyjść. 
- Jest pan cały? - Spytał, rozglądając się po okolicy. Narobił niezłego bałaganu... 
Jakby co - zaraz dam "zlecenie" dla wszystkich postaci, które akurat są w mieście i dam trochę szczegółów, ale prowadzić je będzie Naohiro.
Powrót do góry Go down
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Sie 29, 2016 4:41 pm

Kto by pomyślał, że tak szybko można mieć tej podróży dość.
Naprawdę starał się już na nic nie zwracać uwagi. Na zachwyconego całą sytuacją Caseya, na kozy, na całkiem ładne widoki po drodze, na kozy… Głównie na kozy, które wydawały się zawrzeć jakiś sojusz przeciwko Naohiro, co było trochę niepokojące…  tym bardziej przez fakt, że jego czarnowłosy towarzysz nie przejmował się tym zbytnio, a można by wręcz założyć, że jakimś cudem się z bestiami dogadywał. Zwłaszcza jak spojrzeć na to małe, rzekomo niby przyjacielskie koźlątko siedzące mu na kolanach i…
… Iwaizumi wzdrygnął się i zerwał do pionu, gdy na policzku poczuł szorstki język tegoż właśnie stworzenia. Spojrzał na kózkę zawistnie, nie przejmując się zupełnie jej jakże niewinną minką. Jego wzrok mówił w tym momencie głównie „lepiej byś wyglądała na talerzu”. Choć… Już teraz mężczyzna wiedział, że nie tknie już w życiu niczego, co od kóz pochodzi. Zdecydowanie… Choćby miał z głodu umierać, nie da się. Miał kóz dość na zawsze. Sam marzył teraz tylko, żeby móc w końcu wyjść z samochodu.
- Wydaje mi się, że normalnie nie potrzeba kóz, żeby nie zmarznąć – mruknął tonem przepełnionym nienawiścią do futrzanych towarzyszy podróży. – Ubrania… racja. A czeko… – tu urwał i zmrużył czujnie oczy, przypatrując się Caseyowi uważnie. Nie wiedział, czy ta mina miała na niego jakoś zadziałać… Bo wcale! A skąd… I na pewno nie zwrócił znów uwagi na te niebieskie, trochę hipnotyzujące oczy. Ale chwila rozkojarzenia to tylko chwila. Zaraz więc jego spojrzeniu wróciła ostrość, a sam Naohiro uniósł kąciki ust w złośliwym uśmiechu. – Jeśli jednym z twoich marzeń jest wylądowanie w tym rowie za nami, też mogę ci pomóc je speł… – i znów niedokończone zdanie. W końcu nie na co dzień zostaje się nazwanym mamą przez małą kozę, która siedziała na kolanach widać równie podłej istoty; a najgorsze w tym wszystkim było to, że oboje mieli dokładnie taki sam wyraz twarzy (o ile w wypadku nowego przyjaciela Flynna można było mówić o twarzy). I nie wiedząc już, co z tym wszystkim zrobić, po prostu uciekł spojrzeniem w bok, wzdychając ciężko.
Z ulgą przyjął tę chwilę względnej ciszy… Ale wolałby, by chwila trwała dłużej. I by kozy wreszcie się od niego odczepiły. Jednak nie, koncert pięknych, skrzeczących głosów nie mógł go ominąć, wiadomo. I nawet się już nie zdziwił, że Casey również postanowił dołączyć do śpiewających kóz.
- … zwariowałeś już chyba do reszty… – mruknął cicho, starając się nie słuchać tej wesołej piosenki – Kasieńko – dodał jeszcze nieco kpiąco, po tej kwestii wyłączając się na wszystko, co się działo naokoło. Na tyle, na ile mógł, rzecz jasna.
Z ulgą wielką przyjął fakt, że wreszcie dotarli na miejsce, a nawet nie przejęło go aż tak bycie wypchniętym z przyczepy. Oczywiście posłał kozłowi ostatnie mordercze spojrzenie, ale na tym skończył, bo jego uwagę zwróciły słowa Iwana Iwanowicza…
- Czy on… że ty… A ja… – przeniósł wzrok z odchodzącego mężczyzny na Caseya, dosyć mocno zdezorientowany - na tyle, że nawet nie zareagował na to klepanie po ramieniu… A na kichnięcie chłopaka rzucił nawet uprzejmym „na zdrowie”.
Jednak żeby nie było tak dobrze, dziwne zachowanie Naohiro jednak miało swoje granice… Więc gdy tylko usłyszał huk śniegu pędzącego w ich kierunku, i Flynn został obdarzony lodowatym spojrzeniem. I może naukowiec byłby zły dłużej, gdyby… gdyby alchemia Caseya nie zadziałała.
Przeczekali ukryci za kamienną ścianą, aż śnieg przestanie sunąć w zastraszającym tempie w stronę miasta, ale – wiadomo – sami też nie uniknęli wszystkiego. Dlatego dobrą chwilę zajęło im wygrzebywanie się z zasp, a wtedy…
- Żyję – ton zielonego wyjątkowo nie był dziwnie obojętny; gdyby tak wsłuchać się lepiej, może dałoby się w nim wychwycić nutę wdzięczności…? Przyjrzał się Caseyowi, jakby ten był wyjątkowo ciekawym obiektem do badań… I stało się coś, co nie działo się nigdy, bo przez jego oblicze przemknął cień zwykłego, nawet nie podłego uśmiechu. – No proszę… jednak raz wyszło… - rzucił, patrząc na to, co ich właściwie uratowało. Już po raz drugi. Znał chłopaka nawet nie dwa dni, a ten już dwa razy uratował mu życie. Nie, Naohiro śmierci się nie bał, jednak mimo wszystko… Na swój sposób był zadowolony, że natrafił w całej swojej podróży właśnie na niego. – Ale żeby kichnięciem wywołać lawinę… To trzeba umieć… – tu nie szczędził już złośliwości, lecz też nie był to ton, jakim zwykle się do wszystkich zwracał. Nie zamierzał dziękować, bo wtedy już zupełnie nie byłby sobą… Więc tyle musiało starczyć. – Trzeba stąd jakoś wyjść, do miasta bardziej… A i… – zerknął na towarzysza uważnie, zastanawiając się jakby nad czymś. – Nic ci nie jest…? – zagadnął, niby obojętnie. Niby, bo jednak miał nadzieję, że młodemu nic się nie stało. O czym jednak nikt nie musiał wiedzieć.

Dla tych, którzy przyjdą od strony miasta:
Jak na razie poza śniegiem wiele nie widać, pierwsza „fala” lawiny została częściowo rozbita przez domy stojące na samych granicach miasta, ale tym samym te ucierpiały najbardziej. Im dalej w ich kierunku pójdziecie, tym trudniej będzie się przemieszczać, wszędzie zaspy śniegu, połamane belki, częściowo naruszone domostwa. Casey i Naohiro są dosyć daleko, więc nie natkniecie się na nich zbyt szybko, niech się trochę pomęczą.
Jako że służby reagują całkiem szybko, a można powiedzieć, że trochę czasu już też minęło – pośród zniszczeń kręci się sporo wojskowych, wśród nich z kolei da się zobaczyć zarządzającego całą akcją ratunkową postawnego mężczyznę o ciemnych włosach - porucznika McGee, który energicznie wydaje rozkazy podwładnym, wysyłając grupy żołnierzy w różne części zasypanych dzielnic. Kręci się tu także trochę cywilów skłonnych do pomocy czy zwykłych gapiów, w końcu rozrywki nigdy za mało.
Jak na razie państwo się mogą rozejrzeć, a co znajdziecie i gdzie, to już następnym razem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Sie 29, 2016 11:08 pm

Luzie słuchała uważnie Levi i rozjaśniała się na jej słowa. Naprawdę, ta dziewczynka była taka kochana, taka dobra! Nie miała zamiaru powtarzać nierozsądnych praktyk, a nawet wspomniała, że Luzie będzie mogła kiedyś być z niej dumna! Już miała zamiar ją poinformować, że oczywiście, że tak będzie i ona w to wierzy z całą mocą... Kiedy do kawiarni wpadł jakiś mężczyzna, rozległ się alarm i ogólnie zrobiło się dość głośno i chaotycznie. Luzie odwróciła się w stronę lady i przysłuchiwała rozmowie. Zbladła, kiedy usłyszała słowo "lawina". Każdy w North wiedział z czym to się je, miasto było na to doskonale przygotowane i domyślała się, że służby już ruszyły na pomoc, ale i tak poczuła, że krew odpływa jej z twarzy i drżą jej ręce. Kochała wodę, lubiła też śnieg, ale dalej ogrom zniszczeń jaki mógł wywołać ją przerażał. Z tego otępienia wyrwały ją słowa Levi, która od razu zaczęła zbierać się do wyjścia. Jest niesamowita. Taka młoda, a ani przez moment się nie zawahała.
- Oczywiście, że idziemy - odpowiedziała pewnym głosem i natychmiast wstała, po czym zaczęła się ubierać. Przez myśl przemknęło jej, że nowe kozaczki na obcasie nie były jednak dobrym wyborem... Trudno, przeżyje to i najwyżej kupi sobie nowe, jeśli te się zniszczą. - W takich sytuacjach medyków nigdy za wielu.
Wyszły obie z kawiarni, ale nie musiały długo iść by zobaczyć zniszczenia. Robiły wrażenie... Choć na razie były od nich daleko widać było, że domy na obrzeżach miasta są zrujnowane, wszakże to one oberwały największą dawką śniegu. Wszędzie były zaspy, po drodze ciężko było iść, bo wszystko było zasypane i śliskie. Wszędzie pełno było wojska, ale także zwykłych ludzi płaczących, krzyczących na siebie i służby, ale także tych ciekawskich, dla których czyjaś tragedia jest doskonałym powodem do późniejszych plotek.
- To naprawdę okropne - szepnęła Luzie, chyba bardziej do siebie niż do swojej młodej towarzyszki, która szła przed nią. Uważała bardzo, jak stawia kroki, aby przypadkiem nie wywinąć przysłowiowego orła i nie skończyć ze skręconą kostką w zaspie śniegu. Jak znam życie to tak skończyłby Aleksiej..., pomyślała i uśmiechnęła się pod nosem na myśl o niezdarnym przyjacielu. Natychmiast jednak spoważniała. Szukała wzrokiem kogoś, komu mogła by pomóc, ale z drugiej strony nie wiedziała za co się zabrać. Chyba najlepiej będzie poszukać dowódcy... Rozejrzała się dokładnie i tak, tam stoi! Wysoki facet, ciemne włosy, macha rękami na prawo i lewo, a do tego wydziera się niemiłosiernie - to musiał być dowódca. Chyba nawet go kojarzyła, w końcu zdarzało jej się współpracować z tymi z North, ale kto by spamiętał te wszystkie imiona...
- Tam jest ktoś, kto tu wszystkim komenderuje - zwróciła się do Levi wskazując ręką kierunek. - Zapytajmy gdzie i w czym możemy się przydać, tak będzie najlepiej! - Od razu też zaczęła iść pewnym krokiem (choć ciągle ostrożnie) w stronę mężczyzny. W końcu, kiedy stanęła przed nim zasalutowała mu. - Major Luzie von Treskow z oddziału Briggs! Jestem medykiem i alchemikiem, wraz ze mną jest młoda dziewczyna, która również uczy się na medyka, chciałybyśmy pomóc w akcji ratunkowej! - Postanowiła załatwić to formalnie. Wiedziała doskonale, że jeśli od razu nie powie, kim jest to uznają ją za głupią paniusię, która chce się pogapić i poprzeszkadzać. A na to sobie nie pozwoli, nie ma mowy.

Porucznik wyrwany nagle z własnych, obecnie zajętych całym zamieszaniem, myśli, zaskoczony, ale nadal czujny zerknął na dwie nowo przybyłe kobiety. Omiótł je spojrzeniem, w pierwszej chwili planując odesłać je na bok, myśląc, że są z tłumu gapiów, którzy przyszli tu jedynie patrzeć, ale do pomagania było im daleko.
Dopiero gdy rudowłosa zasalutowała i podała swoją rangę wraz z nazwiskiem, przyjrzał się paniom uważniej, gestem powstrzymując zbliżającego się żołnierza, najpewniej gotowego odprowadzić je obie gdzieś na bok. Przez moment wyraźnie starał się znaleźć w pamięci jakieś wspomnienie o stojącej przed nim kobiecie, która mimo wszystko wydawała się być znajoma, aż wreszcie spojrzenie mu pojaśniało, a sam mężczyzna nawet uśmiechnął się nieznacznie.
- Porucznik McGee - sam również zasalutował, spoglądając przy tym na rozmówczynię. -Panno von Treskow, cóż za szczęście, w sumie szczęście w nieszczęściu, lecz spotkać tu panią i pani towarzyszkę... Doprawdy, będziemy wdzięczni za każdą pomoc - oznajmił tonem już luźniejszym, ale w jego postawie nadal widać było wojskowe wyrachowanie. -Przed chwilą dostaliśmy wezwanie na północny zachód stąd, potrzebują pilnie medyka - ręką wskazał jedną z ulic, którą można było dotrzeć na miejsce. Oczywiście całą w ciężkim śniegu, lecz częściowo utorowaną. - Dojdą panie tamtędy... A i alchemia może się przydać, bo rzekomo dom jakiś zwalony, więc spod gruzów trzeba wykopywać... - Może porucznik miał coś więcej jeszcze do powiedzenia, lecz w tej chwili jego uwagę zajął meldujący stan innej dzielnicy żołnierz. Potem z kolei nadeszli kolejni, więc na tym musiał zakończyć rozmowę.
Ścieżka, którą wskazał mężczyzna, jest odkopana przez idących wcześniej w tamtym kierunku wojskowych. Prowadzi na miejsce, gdzie runęły niemal zupełnie dwa domy; pod zwalonymi deskami czy cegłami widać ludzi - przytomnych bądź nie - uwięzionych pod resztkami budowli. Kręci się tam zaledwie garstka żołnierzy, a i ci boją się poruszać niektóre elementy - jak wiadomo, grozi to obsunięciem się innych i dodatkowym zagrożeniem dla ofiar. Póki co nikt spośród gruzów nie został wyciągnięty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Sie 29, 2016 11:25 pm

Casey nie myślał o słowach staruszka tak, jak Naohiro... aż do chwili, gdy ten zasugerował inne znaczenie tamtej wypowiedzi. Błękitne oczy znowu zabłysnęły jakąś bliżej nieokreśloną iskierką, łączącą ze sobą między innymi ekscytację, zainteresowanie i coś na wzór radości; z takim też spojrzeniem popatrzył w zielone oczy towarzysza. Co chciał przez to osiągnąć? Któż wie, pewnie sam nie wiedział, a jeśli wiedział, to z wątku wybiło go kichnięcie i mała apokalipsa, której za chwilę mieli doświadczyć. Szybkie działanie pod wpływem impulsu najwidoczniej przyniosło pożądane przez chłopaka skutki i kiedy już wyleźli z tego śniegu a sytuacja w miarę się rozjaśniła wrócił spojrzeniem do swego tworu. Na widok osłony z kamienia jego mina wyrażała naraz zaskoczenie i dumę. Podszedł jeszcze do Naohiro i strzepał mu śnieg z rękawa gestem cokolwiek troskliwym, przy tym gapiąc się chwilę w jego oczy i wciąż mając tą niezbyt mądrą minę.
- Nie pozwoliłbym panu ot tak nie żyć! - Oznajmił tonem takim, jak dziecko, które po raz pierwszy samo zasznurowało bucik. To była chyba największa rzecz jaką udało mu się kiedykolwiek transmutować i był z siebie dumny jak nigdy. Szczególnie się rozpromienił, kiedy Naohiro się do niego uśmiechnął (cień liczy się jako uśmiech po caseyowemu!) i go pochwalił; czuł się teraz jak szczeniak, który poznał nową sztuczkę i był chwalony przez swojego ukochanego właściciela. 
- No każdemu się zdarza, ale... żyjemy! I... o... ojej... - Zaczął dość żywo, dalej podekscytowanym tonem, skończył... zdziwionym. Patrzył chwilkę w ciszy na Naohiro i miał minę cokolwiek zaskoczoną faktem, że ten się o niego martwił. Pewnie miał w tym jakiś cel, w końcu tania siła robocza, kiedy coś jej jest, przestaje być już taka przydatna, ale i tak to martwienie się liczyło i jakoś ucieszyło serce chłopaka. 
- Wiadomo, cały jestem. Dziękuję za troskę! - I znowu uśmiech. Czy go jakoś twarz czasami od tego szczerzenia nie boli? Pewnie boli, ale po co to roztrząsać? No i ponownie rozejrzał się po okolicy, a sprawa nie prezentowała się ciekawie. Z jednej strony jako alchemik powinien działać, ale z drugiej bał się, że w tym zamieszaniu może wpaść w oko komuś od Cathaira i tyle będzie z chowania się. No i ktoś może ich zobaczyć w punkcie, od którego zaczęła się lawina... Stał tak dłuższy moment, zżerany przez stres i niezdecydowanie, by w końcu znowu popatrzeć na swojego towarzysza. 
- Panie Nyao... Co robimy? - Spytał bardzo cichym, zawstydzonym głosem, szukając w oczach mężczyzny wsparcia albo czegoś mądrzejszego niż to, co sam Casey miał do zaoferowania. 
Powrót do góry Go down
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Sie 30, 2016 12:51 am

Nie zwróciłby uwagi na całe to zamieszanie gdyby nie fakt, że kiedy sobie siedział kulturalnie przed kawiarnią, przy jednym ze stolików, z budynku wyszły jakieś dwie istoty niewątpliwie płci żeńskiej i jedna z nich strąciła jego kubek z kawą. W pierwszej chwili zmarszczył z niesmakiem i irytacją nos, zaklął, ale ostatecznie jednak niezbyt się przejął. Napój i tak by wystygł, ubrania nie ucierpiały, a oczy mężczyzny wychwyciły nadzwyczaj ładny widok. To była jedyna rzecz, która początkowo skłoniła go do udania się za nieznajomymi - niby nic, niby mógł zgrywać spokojnie przechodnia chcącego przyjrzeć się zamieszaniu, ale jednak jakieś coś, tylko jeszcze nie wiedział, jakie to "coś" było. 
Szedł krokiem innym niż większość ludzi, był raczej spokojny i po prostu obserwował wszytko - od lęku przechodniów, przez dwie wypatrzone przez siebie damy, a kończąc na rozciągających się wzdłuż zniszczeń zaspach. Był zachwycony - wystarczyła bardzo krótka chwila, by doszło do czegoś takiego. Zastanawiał się, co właściwie wywołało lawinę, z drugiej strony jednak myślał, że chyba nie ma się co dziwić dziwną pogodą odkąd w South na początku miesiąca spadł śnieg. Może znowu jakiś ewenement? Świat mógł się kończyć, świat mógł być chwilą i to było ekscytujące. Miny mieszkańców miasta, ich głosy i rozmowy, odczytywanie z nich emocji i absolutny brak przejęcia ze strony Gilberta nie powinny być dla nikogo zaskoczeniem. 
Zatrzymał się dopiero przy miejscu, w którym był jakiś wojskowy ważniak i wydawał wszystkim rozkazy. Cóż za zabawny człowiek, doprawdy... No, ale Liddell zrobił postój właśnie w tamtym miejscu i obiło mu się również o uszy nazwisko piękności, za którą przyszedł. Postara się je zapamiętać jeszcze przynajmniej przez kilka chwil. Kobieta imieniem Luzie wpadła mu w oko i to chyba nie tylko dlatego, że zmarnowała jego pieniądze i wylała mu kawę; po prostu ciężko było od niej oderwać spojrzenie i Gilbert jakoś się z tym pogodził. Niewiele myśląc, przeszedł przez chaotyczny i jakże piękny tłum, uniknął zgrabnie wszelkich walających się po ziemi zagrożeń, wyciągnął wszelkie papierki i zaprezentował je Zabawnemu Człowieczkowi. 
- Liddell, Gilbert. Cywil, chętny do pomocy - rzucił jakby od niechcenia małym kłamstewkiem i poczekał, aż zostanie wylegitymowany. Jakie to było głupie, że byle świstki jakiegoś taniego przetworu pseudopapierowego miały odpowiadać za to, kim jest człowiek... I to wcale nie to, że Gilbert mógł wciąć się w wypowiedź Luzie. Niby z obojętnością poszedł oglądać okolicę w poszukiwaniu ludzi, którzy mogli być pogrzebani gdzieś pod śniegiem. Przyjął też jedną z łopat, w końcu jako, że nie znał alchemii jakoś sobie musiał radzić. I jak raz nie mogły go wesprzeć iluzje... A nuż może nie dość, że zostanie opłacony to jeszcze zdobędzie zainteresowanie rudej istotki!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Sie 31, 2016 8:28 pm

Oczekiwania Levi się spełniły. Sama Luzie bardzo chętnie poszła za towarzyszką, z resztą to była jej praca. To było dość oczywiste, że pójdzie pomagać w mieście jako medyk i - jak się okazało że będzie przydatne - alchemik. Pewnie prędzej czy później by ją wezwano, na szczęście przed tym "prędzej" doszło do reakcji ze strony obu dziewczyn. Albo raczej wejścia tamtego gościa do baru.
Stawiała swoje kroki bardzo uważnie, co rusz spoglądała na Luzie, która szła o krok przed nią, prowadząc ją. Ale nie za rękę. Nie potrzebowała, chociaż patrząc na ten tłumek, który się zebrał wokół, to by się przydało. Zauważyła jednak odległe zniszczenia, jakie wywołała lawina. Zastanawiała się przez dłuższą chwilę, czy to na pewno nie jest jedna z wielu fal lawinowych, które mają zejść. A może to była jedyna? Oby. I co chyba było najdziwniejsze, w ciągu piętnastu lat swojego życia, miała do czynienia tylko z jedną lawiną: właśnie z tą, która tutaj się zdarzyła. Największym problemem były solidne śnieżyce. Ale czy aby na pewno? Może po prostu wtedy nie pozwalano jej wyjść? Nie wiedziała. Uznajmy to więc za pierwszy raz.
- Lavinia Silveren - przedstawiła się dowodzącemu tą akcją. - I tak, jak Luzie powiedziała, uczę się na medyka - dodała, patrząc jednak wciąż na niego.
Otrzymały dość wyraźne polecenia dotyczące akcji ratunkowej, przy której miały pomóc obie. Spojrzała więc dość uważnie na osobę przewodzącą całej tej akcji z szeroko otwartymi oczyma. Nie mrużyła ich bo nie miała do tego powodu, była z resztą ciekawa, chciała wiedzieć jak najwięcej. A to, czego się teraz podejmie - jeśli by się zdecydowała na dołączenie do grona Państwowych - będzie dla niej najpewniej ogromnym plusem w etapach rekrutacyjnych. A przynajmniej tak jej się wydawało.
- Powinnyśmy się tam od razu udać. Prawda, Luzie? - zapytała, patrząc na nią. Widziała przy tym stan tamtej uliczki, nie było to zbyt pozytywny widok, ale dało się to jakoś przeżyć. Albo raczej trzeba to przeżyć i zacząć działać.
Powrót do góry Go down
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Sie 31, 2016 11:34 pm

Co było w tych niebieskich oczach takiego, że naukowiec nie chciał odrywać od nich wzroku? Czemu jak zwykle nie reagował na te proste gesty, jak właśnie to strzepnięcie śniegu, co w innym wypadku skończyłoby się wybiciem kilku palców tejże uprzejmej osoby? I dlaczego, do diaska, nawet w tak beznadziejnej sytuacji nie potrafił się normalnie zezłościć i wzywającego lawiny towarzysza zostawić?
Najgorsze było w tym wszystkim jednak to, że najwyraźniej było to po Naohiro widać. Co innego jeszcze, gdyby takie zachowanie dało się łatwo maskować, ale do tego akurat mężczyzna nie był zbytnio przyzwyczajony, bo… no właśnie, wcześniej nie miał tym podobnych problemów.
Nie chcąc więc wiele więcej po sobie zdradzać, na słowa Caseya, że wszystko w porządku, kiwnął tylko głową, odwracając z lekka niechętnie wzrok.
- To nie… troska. Nie chciałoby mi się ciebie naprawiać, gdyby ci się coś stało, a nieść przez taki śnie— – to zdanie zapewnie miało zabrzmieć zdecydowanie, ale… ale w zwyczajnej sytuacji nawet nie pomyślałby, żeby komuś pomagać, nawet mimo obrażeń. Teraz natomiast… Powoli zaczynał podejrzewać, że to chłodne powietrze bądź sama lawina źle na niego wpłynęły… i poniekąd miał taką nadzieję. – Mniejsza – syknął, jakby tym chcąc zakończyć temat.
Zaraz po tym rozejrzał się po nieco zdewastowanej okolicy, zastanawiając się, gdzie można stąd pójść. Po chwili znowu zerknął na Flynna… i westchnął cicho. Wzdychanie też nie było na porządku dziennym, ale lepsze było to niż plątanie się w tłumaczeniach.
- Trzeba zejść do miasta chyba… I lepiej szybko, bo idzie tu przemarznąć… – rzucił, tym samym rozpoczynając marsz przez śnieg. Trochę wbrew sobie po paru krokach odwrócił głowę i spojrzał na Caseya, czy ten poszedł za nim, szybko jednak ponownie skupił się na przedzieraniu się przez zaspy.
Co kilka kroków zapadał się w ciężkim, mokrym raczej śniegu, który zaścielał obecnie wszystkie pobliskie ulice, na co za każdym razem reagował zirytowanym warknięciem. I nie dało się w takim wypadku uniknąć tego, że i buty, i ubranie dosyć szybko mu przemokły. I jak początkowo wcale mu to nie przeszkadzało, tak po dość długim czasie przedzierania się przez ulice – w końcu zaczęli wędrówkę w miejscu, gdzie zniszczenia były największe – powoli zaczął odczuwać, jak uchodzi z niego ciepło.
Zatrzymał się na moment i znów zerknął na Flynna, tym razem stojąc tak przez chwilę w milczeniu.
- Nie wiem, jak ty, ale mi przydałoby się coś ciepłego… jednak – przyznał to trochę niechętnie, ale cóż, dłużej trząść się z zimna nie miał zamiaru. Rozejrzał się, ale wokół nie było żywej duszy – widać jednostki wojskowe, o których ta dwójka póki co nie miała raczej pojęcia, nadal tu nie dotarły… natomiast mieszkańcy albo wyszli już wcześniej z domów, albo ich w ogóle nie opuszczali. – Nie wspominałeś, że czasami okradasz ludzi…? – rzucił jakby od niechcenia, ruchem głowy wskazując stojący kawałek dalej dom, w dosyć dobrym nawet stanie, a do tego na pewno chwilowo opuszczony. Bo kto człowiekowi bez uczuć zabroni się gdzieś włamać. Zwłaszcza jak okazja sprzyjała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 01, 2016 1:28 pm

Pokiwała spokojnie głową na słowa porucznika, choć w jej wnętrzu wszystko się gotowało. Nie ze złości, ale z żalu i rozpaczy. Myśl, że pod gruzami leżą ludzie, być może minuty dzielą ich od śmierci bądź życia... To wszystko było naprawdę przerażające, ale Luzie nie dała ogarnąć się temu lękowi.
- Udamy się więc w to miejsce - powiedziała, zasalutowała jeszcze na pożegnanie i odwróciła się na pięcie patrząc we wskazanym kierunku. Po chwili jednak spojrzała na Levi i uśmiechnęła się do niej. - Prawda, kochanie. Chodźmy, nie traćmy czasu, tu nie ma na co czekać.
I poszły. Szły przed siebie przez zaspy śniegu, choć droga i tak była dość porządna, widać, że wojskowi już się tędy przedostali i zrobili miejsce dla innych, być może wieźli ze sobą sprzęt. Odkopywanie gruzów to niełatwe zajęcie, trzeba wykazać się ostrożnością i uwagą, aby nie uszkodzić nikogo, kto się pod nimi znajduje, a równocześnie nie doprowadzić do kolejnego zawalenia. Po drodze Luzie patrzyła przed siebie, zastanawiając się jak będzie miała się do tego zabrać. Jak poważne są zniszczenia? Ile ludzi czeka na ratunek? W jakim są stanie? Czy uda się uratować kogokolwiek...?
- To może być trudne zadanie - zwróciła się do Levi, aby odgonić od siebie niewesołe myśli. - Musimy być rozważne. Może się okazać, że zobaczymy ludzi w naprawdę kiepskiej kondycji, ale nie wolno nam rzucać się w wir wydarzeń bez przemyślenia. Każdy nierozsądny ruch może nas kosztować bardzo wiele... Nie chcę brzmieć jak nadęta starsza pani, ale trzymaj się mnie, dobrze? Na pewno uda nam się pomóc, jeśli tylko będziemy współpracować.
Dotarły do gruzów szybciej niż jej się wydawało, że dotrą. Widok nie napawał optymizmem - krótko mówiąc sterta desek, cegieł, masa pyłu w powietrzu a wszystko to dodatkowo przysypane śniegiem. Dokoła kręciło się dużo wojska, część ludzi pewnie starała się wymyślić jak dostać się do ludzi leżących w odmętach tego małego koszmaru. Luzie szybko odgarnęła z oczu włosy i przyjrzała się wszystkiemu dokładnie. Gdzieś kątem oka dostrzegła faceta... Miała wrażenie, że mężczyzna szedł za nimi od kawiarni, ale może tylko jej się wydawało, a może po prostu też chciał pomóc? Nieważne, skup się, Luzie! W porządku. Tu, zaraz przy drodze jakiś facet przysypany śniegiem i cegłami - prosta sprawa, dlaczego jeszcze nie został wyciągnięty? Wydaje się nieprzytomny, ale chyba oddycha? Tam dalej, kobieta, przytomna, krzyczy okropnie. Luzie zmrużyła oczy by widzieć lepiej - tak, chyba leżała w bardzo nieciekawej pozycji, uwięzione nogi, a dodatkowo ta grobla przygniatająca ją była chyba elementem stropu, który runął... Jednak wciąż trzymała porządną część sklepienia. Gdyby ono spadło pozostali ludzie byliby nie ranni, a martwi.
- Levi, zajmiesz się tu panem? - wskazała jej mężczyznę, któremu przyjrzała się na początku. Sama postanowiła przesunąć się głębiej, tam, gdzie być może potrzebna będzie alchemia.

Gdy kobiety - wraz z ich "przylepem", który cały czas jakoś szedł za nimi - pojawiły się na miejscu, wśród wojskowych zapanowało lekkie poruszenie. Niby dwie drobne osóbki nie wyglądały na mogące wiele pomóc, ale ich zdecydowanie w pewnym sensie podniosło na duchu ludzi naokoło - głównie rodziny poszkodowanych, które albo uniknęły przysypania gruzami, albo były w innej części miasta, gdy zeszła lawina, a obecnie zdołały już dotrzeć do domów, chcąc pomóc pozostałym domownikom.
Zauważywszy zbliżającą się do gruzów rudowłosą kobietę, podszedł do niej jeden z żołnierzy, z wyrazem zmieszania, niepokoju i niejakiej złości na twarzy.
- Droga pani, mamy tu obecnie akcję ratunkową, nie możemy pozwolić, żeby cywile przeszkadzali wojsku w... - W tym właśnie momencie pod nadal zalegającymi na dachu budowli zwałami śniegu kolejne belki ugięły się niebezpiecznie, a część z nich spadła na ziemię, tworząc kolejną przeszkodę w dojściu do ofiar. W jednej chwili żołnierze ruszyli w kierunku domu, jednak pył, który wzbił się w powietrze zmniejszył częściowo widoczność.
Trąc podrażnione w tej chwili oczy, jeden z milicjantów wpadł na podtrzymujące dach werandy domu naprzeciwko pale, tym samym i ten wprawiając w niebezpieczne położenie... i zrzucając całkiem sporo ciężkiego śniegu na "przylepa", to jest Gilberta. Nie zauważywszy jednak, co zrobił, zostawił przysypanego człowieka, zmierzając jak najprędzej ku głównemu z problemów.
Na cały ten zamęt oczy wskazanego wpierw przez Luzie mężczyzny otworzyły się lekko, szukając kontaktu wzrokowego z kimkolwiek. Może nie był w krytycznym stanie, jednak rana na głowie nie wyglądała zbyt dobrze, a i jego lewa ręka nadal była uwięziona pod cegłami.
- C-co się dzieje...? - wydukał niepewnie, zaraz potem syknął jednak z bólu, zaczynając się przy tym trząść z zimna. Jak to się stało, że dotychczas nikt mu nie pomógł? Widać żołnierze jakoś musieli go ominąć, co wydawało się dziwne w chwili obecnej, jednak widocznie całkiem prawdziwe. I wybaczcie, że tak marnie, nie idzie mi dziś krzywdzenie ludzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Wrz 02, 2016 6:24 pm

Droga ze stacji była rzeczą skomplikowaną ze względu na fakt, że Ezio i Meilen musieli się przedrzeć przez śniegi, cywili i...no cóż, przez kolejne śniegi. Kierowali się tam, gdzie było trzeba, a po chwili na prowadzenie wysunął się blondyn, ryzykując tym samym, że zgubi się jak sierota niedodziałana i boża (którą, bądźmy szczerzy, był) i oberwie w łeb od Meilen. Zastanowił się głębiej nad jej słowami.
"Nee.... Ezio-kun... Jakbyś sobie kogoś znalazł, to byś mi powiedział? Prawda?" Zaraz. Czy ona właśnie spytała go o to, czy kogoś ma? Więcej, czy podejrzewała go o zatajenie takiej informacji?! Wybuchnął szczerym, dźwięcznym śmiechem i pogłaskał panienkę Dai po granatowych włosach z rozbawieniem błyszczącym w oczach. Naprawdę była aż tak głupiutka?
-Mei-chan, przecież gdyby spodobała mi się jakaś dziewczyna, już dawno wiedziałabyś o niej wszystko - pokręcił głową z rozbawieniem. -Myślisz, że bym ci jej nie przedstawił? Oj, mała...
Znowu pokręcił głową, po czym epicko wyrżnął w śnieg. ZIIIIIIIIIIIIIIIIIIIMNO! KURWA MAĆ, KURWA MAĆ, ZIMNOOOOO! Jego receptory oszalały! Zerwał się chwilę po dość nieprzyjemnym zetknięciu z białym, miękkim puchem, piszcząc niczym westalka na widok zgaszonego płomienia.
-T-t-t-t-ty t-t-t-t-też d-d-d-d-dla mnie jesteś wa-wa-ważna, s-sorellina mia! - wyszczękał zębami. Po kolejnych dziesięciu minutach walki ze śniegiem i trawienia informacji oczom kapitana z Aerugo i jego podwładnej ukazali się żołnierze - konkretniej postawny mężczyzna, jego pomagierzy, dwie kobiety (przynajmniej z daleka ich sylwetki wyglądały na kobiece, może matka z córką?), jacyś cywile...I chwila, czy Ezio ujrzał tam kozy, czy to raczej był wytwór jego zjaranego kacem mózgu? Ponieważ mężczyzna wydawał się kierować całą akcją pomagania cywilom uwięzionym w zasypanych domkach, blondyn podszedł do niego szybkim krokiem, ciągnąc cały czas Meilen za rękę. Cud, że jej tej ręki nie wyrwał czy coś. Uśmiechnął się lekko, zwalczając całym wysiłkiem woli resztki kaca tlące się w jego głowie niby żar z niedogaszonego paleniska.
- Ezio di Costa, kapitan wojsk Amestris, melduje się!-zawiadomił, wykonując wojskowy salut. -Towarzyszy mi sierżant Meilen Dai z mojego oddziału, oboje jesteśmy w cywilu wprawdzie, ale możemy, kheheh, pomagać jakoś.
Rzucił okiem na całą sytuację. Nie wyglądało to najlepiej. Sporo zawalonych domów, śniegu wiele, jeszcze więcej zimna.
Fajne wakacje, mówili, fajna kawiarnia, mówili...-skomentował z ironią w myślach.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 05, 2016 12:28 am

- Jasne jak słonko w South, proszę pana! - Casey zaprezentował z dumą garnitur białych zębów, oczywiście rozumiejąc sprawę na opak w stosunku do tego, co powiedział mu Naohiro. Mężczyzna, jak zdawało się chłopcu, jednak się przywiązał do niego i to było całkiem przyjemne uczucie. Niezbyt ekscytowała go perspektywa bycia niesionym przez kogokolwiek, bo jednak wolał stawać na ziemi o własnych siłach, a bliskości jakoś specjalnie też się nie domagał, więc nie spieszyło mu się z robieniem sobie krzywdy. Już do Youswell jeden z nich dotarł jako kaleka, lepiej było nie powracać do tego faktu, by nie stała się z niego tradycja.
- No trzeba, trzeba! - Zgodnie pokiwał głową i dziarskim krokiem (to nie tak, że potykał się o pierwszą lepszą zaspę!) ruszył za swoim towarzyszem. Kiedy natomiast zielony doktorek odwrócił się do niego, Casey posłał mu szeroki uśmiech o treści POMAGAM "wszystko okej, dziękuję!". Zupełnie jakby było za co dziękować... Dziwny był jednak z niego dzieciak, ale cóż z nim zrobić? Tak też Casey wlókł się za nim i czasami cicho klął pod nosem, kiedy zdarzały mu się kolejne potknięcia, ale dzielnie trwał za swoim nowym najlepszym przyjacielem na świecie. Naohiro w pewnym momencie się obrócił ku chłopcu, przez co ten prawie na niego wpadł; obyło się mimo wszystko bez tego, a Flynn jedynie zachwiał się i teatralnym, niedbałym gestem zasalutował.  
- Kradzież! - Brunet niemal pisnął z zachwytem. W oczach błysnęło coś nie do końca określonego, w czym na pewno dało się dostrzec nutkę ekscytacji. Następnie podążył wzrokiem we wskazanym przez Naohiro kierunku... I tutaj mina mu nieznacznie zrzedła, to jest raczej przerodziła się w pobłażliwy uśmiech.
- Nooo.. wie pan, panie Nyao. Ludzie inaczej podchodzą do własności prywatnej a inaczej do tego, czego jest więcej. Poszukałbym bardziej jakiegoś sklepu. Jeśli komuś coś zniknie z domu to jakby... raczej się domyśli. A co do sklepów... To North, stolica regionu, jest ich tu pełno...
- Casey rozejrzał się, po czym wybiegł bardziej na ulicę... I chyba głupi ma zawsze szczęście, bo pierwszy budynek, na jaki spojrzał, był właśnie sklepem odzieżowym. I znowu ten błysk w oczach... Zatrzymał się przed drzwiami, naciągnął rękaw koszuli na dłoń i pociągnął za klamkę. Otwarte, co zresztą było logiczne ze względu na porę dnia i na fakt, że personel z pewnością opuszczał lokal w pośpiechu. Posłał Naohiro uśmiech niezbyt uczciwej satysfakcji i skinął dłonią na mężczyznę, żeby ten do niego przyszedł.
- Otwarte jest! - Szepnął z tą swoją dziwną ekscytacją i błyskiem w błękitnych oczach. Wkradł się do sklepu i złapał czarny płaszcz, który wyglądał na taki pasujący na jego ciało. Skulił się za ladą, czekając, aż Naohiro coś sobie też weźmie i nakładając na siebie płaszcz, uprzednio pozbawiwszy go metki. Ta wylądowała w kieszeni, żeby czasem nie zostawiać na podłodze żadnych dowodów. I tu Flynn zastygł w bezruchu... Czyżby sumienie go gryzło?
- ... A-ale... Nie wiem jak pan, ja muszę iść pomagać zaraz
- rzucił wahającym się, ale prawie stanowczym głosem.

A to, czy ktoś ich nakryje, zostawiam już woli MG. ~
Powrót do góry Go down
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 06, 2016 1:41 pm

Jak to szło? Kiedy jesteś szczęśliwy, zawsze jesteś dobry, ale kiedy jesteś dobry nie zawsze jesteś szczęśliwy. Ot, taka luźna parafraza słów, które kiedyś Gilbertowi całkiem przypadły do gustu. Nigdy nie pomyślał, by kiedykolwiek miał znaleźć się w sytuacji ilustrującej powyższą myśl, znaczy się nigdy nie wyobrażał sobie, by zwykła pomoc miała go zapędzić w kłopoty. Chyba właśnie dlatego nigdy nie pomagał nikomu, o ile nie został skuszony perspektywą zapłaty. 
Nie szło jakoś znowu najlepiej - Luzie nie chciała dostrzec Gilberta, chociaż ten był taki wspaniały i w ogóle najbardziej fantastyczny na świecie, śnieg był dziś wyjątkowo irytujący, a łopata, którą go odgarniał, wyglądała na taką, która zaraz ma się rozlecieć. Natomiast otoczenia wyglądało zachwycająco - musiało wzbudzać emocje we wszystkich, którzy byli w okolicy, a że do takiego stanu doprowadziła je zaledwie chwila, to sam Gilbert był nim raczej zainteresowany niż przestraszony. Sam mieszkał raczej na południu miasta, północ nie wzruszała go nie licząc może jednego lokalu z całkiem ładną odzieżą, także sytuacja była dla niego czymś błahym. Nie interesowało go cierpienie innych ludzi, ich straty, a to, co czuli było ciekawe tylko z takiego powodu, że lubił obserwować takie rzeczy. 
Ostatecznie na dłużej zatrzymał się na werandzie jednego z domów, gdzie zaczął odgrzebywać drogę do wnętrza dla ludzi, których obowiązkiem było pomaganie cywilom. Namachał się trochę, był z pewnością tym zmęczony, a tu jeszcze oberwał serdecznym śniegiem na głupi ryj! Jeszcze czego, co to za miejsce w ogóle?! Tak też Gilbert wylądował pod śniegiem, na popękanej drewnianej podłodze werandy i miał niezbyt mądrą, a z pewnością bardzo wściekłą i zdezorientowaną minę. 
- Pomocy...? - Zawołał tylko dość głośno, chcąc zwrócić na siebie czyjąkolwiek uwagę. 


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 06, 2016 3:48 pm

Ruszyły. Nie miały przecież czasu do stracenia. Widoki jakie zastały były w stanie przerazić młodą Silveren. Naprawdę obawiała się, czy ci ludzie przetrwają to wszystko. Pewien ślad w psychice na pewno im zostanie. Nie ma szans że nie. W pewnym sensie bała się tego, co ma nadejść. A jeśli kolejna porcja śniegu opadnie z gór i ich zasypie znowu? Dobra, to ją jeszcze bardziej przerażało. Ale musiała się trzymać. Musiała się zdobyć na odwagę, której jej troszeczkę ubyło. Wdech, wydech, wdech, wydech. Gotowa! Dobra, nie aż tak. Otrzymała polecenie, które trzeba wykonać.
Postanowiła pokazać swoją gotowość do działania jedynie poprzez skinięcie głową. Po tym dość szybko pobiegła w stronę wskazanego przez swoją koleżankę, przygniecionego człowieka. Widok nie należał do zbyt miłego. Przecież taka waży około trzech-czterech kilogramów, przygniecenie stertą może się skończyć nie tylko na siniakach. Śnieg chrupał pod jej obuwiem kiedy podbiegała do biednego człowieka.
- Już pana wyciągam...! - powiedziała do mężczyzny. "Mam nadzieję..."
Zostało jej jedynie zastanowić się, jak by to zrobić. Albo zacząć ściągać cegłówki jedna po drugiej, albo spróbować użyć alchemii żeby wszystko poskładać do stanu poprzedniego, sprzed zawalenia się ściany. I to chyba byłoby najlepsze wyjście. O wiele mniej czasochłonne i o wiele bardziej bezpieczne. Miała tylko nadzieję, że się uda, idealnym alchemikiem to ona nie była.
Zaczęła odgarniać śnieg po prawicy tamtego mężczyzny, po czym zostało jej znaleźć coś, czym mogłaby narysować krąg na piasku (znaczy no, stawiam że między ulicą a budynkami jest niewielki pasek piasku): jakiegoś odłamka cegły albo patyka. Rysowanie kręgu powinno zająć jej niecałą minutę, a po tym przykłada do niego dłonie i zaczyna się magia.

//Jakbym nie odpisywała długo to proszę mnie pomijać TT^TT
Powrót do góry Go down
Meilen Dai
SIERŻANT

avatar

Liczba postów : 60
Join date : 01/08/2016
Age : 19
Motto : Everything's gonna be alright!

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 06, 2016 9:42 pm

Meilen dzięki temu, że przez parę lat mieszkała w Briggs, była przyzwyczajona do niskich temperatur oraz do śniegu. Gdy Ezio wysunął się na prowadzenie, Mei mimowolnie zmarszczyła brwi. Dziewczyna wiedziała, że jej kapitan ma talent do gubienia się. Jednak słysząc jego wypowiedź, postanowiła sobie odpuścić i poczekać na rezultaty.
Racja! Przecież na pewno by mi ją przedstawił, chcąc się pochwalić! Ale ze mnie baka!Zdążyły minąć sekundy, a blondyn wylądował w śniegu. Dziewczynka przez chwilę obserwowała go, najpierw cichutko zaśmiała się pod nosem idąc w stronę di Costy, a potem ukucnęła przy nim.
- Wszystko w porządku? Ale z ciebie ciamajda! - Nastolatka wypowiadając te dwa zdania, uśmiechnęła się szeroko. Z jednej strony bawiło ją to, jak bardzo jej kapitan jest nieporadny, ledwo się powstrzymała, aby nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Słowa Ezia sprawiły, że zrobiło jej się ciepło na serduszku, a delikatne rumieńce pojawiły się na jej buźce. Po kolejnych dziesięciu minutach marszu jej oczom ukazały się różne sylwetki, w tym porucznika dowodzącego akcją.
- Neee... Ezio-kun, zbyt szybko... I to boli! - Mruknęła, po czym wyrywała dłoń ze ścisku blondyna. Chwilę pomasowała wolną ręką obolały nadgarstek, pochłonięta tym zajęciem, nawet nie zauważyła, że stoją przed jednym z wojskowych. Dopiero słowa Ezia sprawiły, że Meilen się otrząsnęła.
- Meilen Dai, sierżant z oddziału kapitana di Costy, gotowa do pracy! - Stwierdziła, salutując. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, który zniknął, gdy tylko Mei rozejrzała się dookoła. Biedni mieszkańcy... Pomoc już nadchodzi!

Wzrok porucznika McGee wpierw spoczął na Eziu, zaraz potem na jego fioletowowłosej towarzyszce, oceniając nowo przybyłe osoby. Po chwili z pełną powagą na twarzy mężczyzna skinął głową, salutując sztywno.
- Kapitanie, sierżancie - skinął głową, przyjmując już luźniejszą postawę, nadal jednak z pełnym skupieniem przypatrując się tej dwójce. Kolejni wojskowi, którzy ciekawym trafem znaleźli się tu akurat teraz? Czemu nie, każda pomoc była potrzebna, nawet jeśli blondyn i nastolatka wyglądali na osoby raczej nieprzywykłe do tutejszych trudnych warunków. Machnął dłonią na jednego ze swoich podwładnych, by odnotował ich dane osobowe, po czym znowu zwrócił wzrok na Ezia, zwracając się do niego jako tego wyższego rangą od dziewczyny. - Kapitanie, możecie dołączyć do akcji ratunkowej na północ stąd, znajdziecie tam naszych. Ciężko nawet będzie nie trafić - wskazał ręką dany kierunek, zaraz potem pocierając brodę. - I póki co to wszystko, dalsze rozkazy dostaniecie na miejscu - rzucił, na tym widać kończąc rozmowę. Sam odwrócił się od Meilen i Ezia, wtem jednak...
... podbiegł do nich nie wiadomo skąd szary kozioł o wyjątkowo wrednym wyrazie pyska. Szturchnął łbem kapitana i bez zapowiedzi złapał w zęby portfel mężczyzny (zakładam, że jakoś mógł wystawać z kieszeni), nie czekając na jego reakcję i tym samym uciekając w całkiem innym niż wskazany przez porucznika kierunku. Na jednym z zakrętów odwrócił się na moment i spojrzał na dwójkę wojskowych zaskakująco rozumnym wzrokiem, jakby chciał im coś przekazać... po czym zniknął za ścianami domu.
Jeśli tylko Ezio razem z Mei zechcą odzyskać swoją własność i pójdą za nim, mogą natknąć się na dwie inne osóbki, które akurat przegrzebują pozostawiony samemu sobie sklep.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 07, 2016 1:36 pm

Nawet nie słuchała tego głupiego żołnierzyka, który coś tam do niej zaczął mówić - w tym momencie przecież spadło jeszcze trochę belek, śniegu a z boku rozległo się ciche "pomocy", zadane pytającym tonem, jakby sam właściciel głosu był zdumiony tym, co się stało. Luzie szybko odwróciła się w jego stronę i zobaczyła ciemnowłosego młodego mężczyznę, którego najwyraźniej przysypał śnieg. Dziewczyna nie miała pojęcia jakim cudem znalazł się pod zaspą i skąd ona właściwie spadła, ale to przecież nie było ważne. Podeszła do niego i pomogła wstać uśmiechając się do niego ciepło - w końcu miał pecha, trzeba mu to nieco osłodzić, prawda?
- Wszystko u pana w porządku? - rzuciła lekkim tonem, ciągle okraszając to wszystko uroczym uśmiechem. Nie poświęciła jednak nieznajomemu dużo czasu, w końcu tam czekali ludzie w dużo gorszym niż on stanie. Do niego może odezwie się później, jeśli będzie miała chwilę wolnego.
- Niech nikt tam nie wchodzi! - zawołała pewnym głosem. Nie miała zamiaru dopuścić do tego, żeby ci niezgrabni idioci coś jeszcze naruszyli. Widoczność się pogorszyła, bo nowa warstwa pyłu uniosła się z ruin, jednak sytuacja już się poprawiała, pył opadał a i wiatr robił swoje rozwiewając go. Jednak teraz Luzie miała pewność, że bez alchemii się nie obejdzie. Miała tylko nadzieję, że starczy jej sił, żeby wszystkim pomóc. Szybko oceniła najlepszą trasę i skacząc jak sarenka między gruzami przebrnęła do pierwszej poważnej przeszkody - zawalonej ściany (na szczęście chyba jednej z działowych, bo nie była na tyle gruba, by być ścianą nośną). Sterta cegieł, zmieszana ze śniegiem, ogólnie... Niedobrze to wyglądało, a nie dało się tego tak po prostu przeskoczyć czy obejść, zwłaszcza, że to wszystko wydawało się przygniatać kolejne deski, a te znowu broniły dostępu do kolejnych ofiar... Nie przerzucę tego wszystkiego ręcznie, muszę to jakoś... Przenieść, albo poskładać... Nie ma sensu odbudowywać ściany, bo to, co było nad nią już dawno spadło. Co zrobić z tymi cegłami... Naprawdę chwilę zajęło jej wymyślenie czegoś sensownego, choć może nieco głupawego. Wszystko dokoła pokrywał pył, ale udało jej się znaleźć kawałek deski, którym zaczęła rysować krąg transmutacyjny. Skupiła się i przyłożyła do niego ręce uwalniając energię, która objawiła się błyskiem światła... I po chwili cegły stały jedna na drugiej ułożone w solidny okrąg... To, co stworzyła Luzie można porównać do studni, tyle, że nie schodziła pod ziemię.
- Do środka można wrzucać śnieg i zbędny gruz, nie będzie przeszkadzał! - krzyknęła w stronę wojskowych i odwróciła się do leżącej najbliżej niej kobiety. Będzie się mogła do niej dostać, jeśli tylko odsunie tę durną dechę, która wyglądała na paskudnie ciężką. Tu alchemia nie bardzo jej pomoże, zresztą nie ma co marnować sił bez sensu... Obróciła się znów, tym razem szukając wzrokiem tego chłopaka, któremu pomogła wstać... O, tam stoi! - Proszę pana! Poproszę pana do mnie, musimy podnieść to razem! - Boże Luzie, jak ty się rządzisz dziewczyno!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 07, 2016 9:36 pm

Przewrócił oczami, widząc ten pobłażliwy uśmiech swojego młodego rozmówcy i słysząc jego pouczający z lekka ton, jaki pobrzmiewał w jego wypowiedzi. No ale dobrze. Skoro tak, niech będzie, chłopak lepiej znał się i na swoim kraju, i na kradzieżach, więc nie było specjalnie powodu, by podważać jego zdanie.
- No jak uważasz... - mruknął, podążając spojrzeniem za Caseyem, który ruszył w poszukiwaniu dobrego sklepu do ograbienia. Zaraz potem wznowił marsz, idąc za nim i nie mogąc nie dostrzec entuzjazmu na twarzy chłopaka. Zupełnie jakby samo słowo "kradzież" pobudzało w nim pokłady nowej energii... nie żeby i tak nie miał jej dużo. Jednak teraz widać było, że jest w swoim żywiole...
... co trochę Naohiro zaciekawiło. Niby dzieciak porządny taki, a jednak nie wahał się, gdy szło o pozbawienia kogoś jego własności... nawet jeśli chodziło o zwykły sklep - w takim wypadku w końcu ucierpiałby właściciel lokalu. A gdy tak weszli bez przeszkód do środka i Flynn zaczął grzebać w ciepłych ubraniach, nie wydawał się być tym faktem poruszony.
Iwaizumi przerwał więc póki co te rozmyślania, nadal nie wiedząc, dlaczego na poznanego dzień wcześniej człowieka marnuje tyle cennego czasu, kiedy równie dobrze mógłby zastanawiać się nad czymkolwiek innym... i sam przeszedł się szybko po sklepie, szukając czegoś na siebie. Wziął do rąk ciemnobrązowy, dłuższy nieco płaszcz, który nie wyglądał tak źle na jego codziennym stroju, którego póki co zmieniać nie planował. Mimo to zgarnął z półki jakieś zwyczajne ubrania - skoro już nadarzyła się ku temu okazja, czemu nie. Nie czuł wyrzutów sumienia, zabierając te rzeczy...
... i spodziewał się tego samego po Caseyu, jednak zdziwił się lekko, gdy usłyszał jego słowa.
- Pomagać...? - zagadnął. A, no tak, lawina... Pewnie innym się niezbyt poszczęściło. Pewnie całkiem sporo mieszkańców leżało pod gruzami, może potrzebowało pomocy medycznej, której jako danchemik zielonowłosy mógłby udzielić... ale po co. Nie obchodzili go zbytnio ci ludzie. Dlatego tylko wzruszył ramionami, zawieszając spojrzenie na rozmówcy. - Dziwny z ciebie dzieciak, skoro w jednej chwili się gdzieś włamujesz, a zaraz potem chcesz pomagać... No ale jak chcesz... - mruknął. Przecież nie potrzebował jego towarzystwa cały czas... No może jeszcze przez chwilę. Ale na pewno nie dłużej... a skąd!
Chciał jeszcze raz rozejrzeć się po sklepie w poszukiwaniu czegoś przydatnego... kiedy zza drzwi wejściowych usłyszał mrożący krew w żyłach odgłos. To jest coś brzmiącego jak meczenie znienawidzonych ostatnimi czasy kóz.
- No chyba nie... - warknął, uchylając lekko drzwi i zerkając na zewnątrz. I jego najgorsze podejrzenia potwierdziły się... Ujrzał tam bowiem jednego z wcześniej jadących z nimi kozłów, który z upartym wyrazem pyska wpatrywał się prosto w mężczyznę... trzymając w zębach coś wyglądającego na czyjś portfel. Nie wiedząc nawet, jak to wszystko skomentować, zerknął znów na Caseya, błyskając oczami ze złością. - Chyba się nas coś uczepiło... - rzucił rozeźlony, uważając, że to wszystko wina chłopaka. W końcu to on tak spoufalał się z tymi brodatymi, podłymi istotami. - No i chyba wypadałoby stąd wyjść... - To mówiąc, otworzył szerzej drzwi, zamierzając wyjść znów na ulicę. Bo kto wie, jak długo miał tu panować ten względny spokój...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 08, 2016 2:55 pm

-Tak jest!-Ezio natychmiast zasalutował, po czym wykonał piękne "w tył zwrot". Już miał demonstracyjnie odsunąć się, by pogadać z Meilen o sposobach niesienia pomocy mieszkańcom, gdy nagle jego oczom ukazał się stary, wstrętny kozioł, dzierżący w pysku jego portfel z jego wypłatą i dokumentami! Tegoż było trzeba, żeby Ezio dostał formalnego szału. Nie tracąc chwili, rzucił jakieś wojskowe wyrażenie typu "fottiti!", po czym pognał za głupim zwierzęciem, klnąc soczyście i niewybrednie. Przy okazji przewrócił się jeszcze ze dwa razy, ale za każdym razem wstał, otrzepał się i kontynuował pogoń, nie zważając na mokre spodnie i zimno w okolicach pasa.
-Mei-chan, to cholerne bydlę zarekwirowało mi portfel! Bezczelny, durny kudłacz, a żeby go...-tu właśnie nastąpił trzeci upadek Ezia di Costy, tyle że jego nie przygniótł krzyż, a zwyczajnie poślizgnął się na kozich bobkach, pozostawionych bezczelnie na białym puchu. Gdy udało mu się w końcu wstać i przestać kląć, zauważył jeszcze więcej przysypanych śniegiem domów i bezczelnego złodzieja. Wściekły skierował się w jego stronę, sądząc, że nikt oprócz drobnej pani sierżant nie słyszał wyrywających mu się z ust serii klątw i malowniczych określeń pod adresem koziego czorta. Czy było to mylne pojęcie, czy nie - miał się dopiero o tym przekonać.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 08, 2016 9:14 pm

Buszując między kolejnymi płaszczami Casey dalej miał minę podekscytowanego dziecka. Co właściwie sprawiało, że tak reagował na kradzież? Poczucie, że był to zakazany owoc? Chęć poprawy swojego stanu materialnego? Nie do końca, ale trochę tak. Wybrany przez niego płaszcz pasował prawie idealnie, był też całkiem ciepły, cieplejszy niż te sprzedawane w Central w okolicach zimy i chłopaka nawet to mocno nie dziwiło. Na słowa Naohiro uniósł na mężczyznę wzrok i uśmiechnął się niepewnie, ale dalej z tą nutką ekscytacji i chęci bawienia się. 
- Bo to jest tak... Jak nie uratuję siebie, to nie zdołam ocalić nikogo innego. Daję coś z siebie i biorę coś od siebie. - Wzruszył niby to obojętnie ramionami, ale... Chyba jednak go to trochę ruszyło. Nigdy jakoś nikt nie zwrócił mu uwagi na ten tryb życia, ale to poniekąd też kwestia tego, że nigdy nie miał żadnego towarzysza, który mógł mu to wypomnieć. 
- ... To on! I... I zaraz, to chyba kogoś! - Zaczął dość głośno, skończył już cicho i z miną wyrażającą niepokój, ale też zamyślenie. Nie patrząc na Naohiro podjął temat głosem nieco głośniejszym niż szept. 
- Czuję, że ktoś za nim idzie. Pan... Puls smoka i te sprawy... to coś panu mówi? ... Och... - No i puls nie musiał się odzywać, bo Casey usłyszał przekleństwa pod adresem kozła, zdecydowanie pochodzące od kogoś, kto był na zewnątrz i szedł za zwierzakiem. Wtedy Naohiro otworzył szerzej drzwi, a chłopak zrobił coś odwrotnego; ruszył wgłąb zniszczonego budynku i natarł nowo "nabyty" płaszcz śniegiem, to samo spotkało jego włosy i twarz, natomiast nogawkę spodni rozciął nożem. 
Jeżeli ktoś tu szedł, to najprawdopodobniej wziąłby ich właśnie za złodziei a nie za poszukujących poszkodowanych. Zaraz udając kuśtykanie i robiąc możliwie najbardziej spłoszoną i wdzięczną minę, ruszył za Naohiro. Faktycznie natomiast koziołek miał ogon, w postaci jakiegoś wysokiego blondyna i małej dziewczynki... Nie wyglądali mu na wojskowych, ale kto ich tam wie... Niewiele natomiast myśląc, wymusił w sobie łzy i rzucił się z dzikim, bestialskim tulem prosto na Naohiro.
- Tak bardzo dziękuję, że mnie pan wyciągnął spod tej belki! - Powiedział głosem przepełnionym emocjami, docelowo właśnie wdzięcznością za ocalenie życia, jednak dało się w tym wyłapać też prośbę, by mężczyzna przystał na jego plan. Tak samo w spojrzeniu załzawionych oczu. Wolałby, by nie przyłapano ich na kradzieży, no i może był przewrażliwiony, ale był zdania, że lepiej dmuchać na zimne. 
Powrót do góry Go down
Meilen Dai
SIERŻANT

avatar

Liczba postów : 60
Join date : 01/08/2016
Age : 19
Motto : Everything's gonna be alright!

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 08, 2016 9:47 pm

- Tak jest! - Meilen zasalutowała w tej samej chwili co Ezio. Dziewczyna spojrzała na kozła, który w pysku trzymał portfel, który wydawał się Mei dziwnie znajomy. A on przypadkiem nie należy do Ezia? Odpowiedź na jej pytanie przyszła zdecydowanie szybciej niż się tego spodziewała, bowiem jej kapitan rzucił się w pogoń za zwierzakiem. Nastolatka widząc, jak blondyn wywalił się dwa razy, zaśmiała się pod nosem. Gdyby odpowiednio przygotował się na tę wyprawę i włożył inne buty, nie miałby tego problemu. Dopiero po chwili ruszyła za blondynem i złodziejaszkiem.
- Matko... Jak się tak będzie wywalał, to będzie cały mokry i się przeziębi. - Mruknęła Meilen pod nosem. Troszczyła się o swojego kapitana, a jednocześnie o swój wolny czas. W końcu wiedziała, że jeśli jej przypuszczenia się sprawdzą, to będzie ona go odwiedzała i się nim zajmowała. I stało się. Ezio zaliczył glebę po raz trzeci, a Meilen odruchowo westchnęła.
- Mógłbyś przestać bluźnić!? To niekulturalne! - Tym razem nastolatka podniosła odrobinę głos. Oczywiście podążała za Eziem i jego nowym znajomym. Gdy kozioł się zatrzymał, dziewczyna odetchnęła i rozejrzała się po okolicy. Domy przysypane śniegiem, ale chwila. W jednym z nich znajdowali się ludzie. Mei usłyszawszy krzyk Caseya, spojrzała w stronę budynku, w którym on się znajdował, a następnie zauważyła stojącego w drzwiach Naohiro.
- Wszystko w porządku proszę pana? - Spytała głośno i wyraźnie, w jej głosie dało się wyraźnie wyczuć troskę. Po paru sekundach ruszyła w stronę zielonowłosego. Przecież właśnie o to chodziło, prawda? O niesienie pomocy ofiarom lawiny, a spójrzmy prawdzie w oczy, jeśli chodziło się o troszczenie o obcych bądź niesienie pomocy cywilom to nastolatka miała w tym spore doświadczenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Wrz 09, 2016 1:25 am

*S I G H* podejście kolejne
Gilbert nie musiał czekać długo na jak najbardziej zasłużony i konieczny ratunek, który, jak się okazało, miał nadejść ze strony płomiennowłosego anioła. Luzie, bo o dziwo dalej pamiętał jej imię, zbliżyła się do niego z cudownym uśmiechem, na który sam odpowiedział równie ujmującym i słodkim, przy czym jednak dalej starał się wyglądać jak człowiek, który bardzo mocno potrzebuje pomocy. 
- Teraz już jest o wiele lepiej, ale... - I urwał, bo piękność ruszyła dalej, na co on zareagował głośnym, zrezygnowanym jękiem, gdy kobieta już się oddaliła. Normalnemu człowiekowi może by przeszło przez myśl, że ma inne rzeczy i bardziej potrzebujących ludzi na głowie, ale nie zapominajmy, że tu była mowa o Gilbercie. Zamiast przyłożyć się do machania łopatą, ten po prostu robił to bez większego entuzjazmu, odgrzebywał w ten sam sposób rzeczy, które mogły być zagrożeniem dla bandy nieuważnych patałachów, a to wszystko robił tak, by nie pozostawać za daleko za Luzie. On nie postrzegał tego w kategoriach nieprzyzwoitości czy stalkingu, po prostu okazywał jej uwagę i spodziewał się, że wkrótce doceni go. 
Obserwował kobietę z zainteresowaniem i niejakim podziwem, ale tylko niejakim, gdyż bardziej interesowały go sztuczki związane z alchemią, sposób, w jaki oceniała sytuację i dzielnie działała, niż fakt, że pomagała ludziom. Kto by się przejmował jakimiś głupimi ludźmi? Wiadomo, szlachetność i te sprawy, ale... Och, zawołała go, a on jak grzeczny piesek podbiegł do kobiety, która zdawała się mieć kłopot z paskudnymi gruzami i innymi takimi wesołymi rzeczami. 
- Ostrożnie na rączki~ To pani tu ratuje, ale w razie skaleczenia, to chętnie dam buzi, żeby nie bolało! - Kolejny bez wątpliwości olśniewający uśmiech pojawił się na obliczu cyrkowca, kiedy ten pochylił się i zaczął razem z Luzie pozbywać się deski. Gdy z tą się już uporali, Liddell spojrzał na towarzyszkę pytająco. 
- Fajne ma panna te sztuczki, jednak... Oczywiście bez urazy, bo jakżebym śmiał chociażby spróbować odnieść się niewłaściwie do tak troskliwej osoby, aczkolwiek wolałbym pozostać przy twym boku i pomagać ci przy rzeczach takich, jak zdradliwe deski! Nie, żebym miał coś do kobiet pozbawionych kształtu a żart o plecach mnie bawił! - Ukłonił się nisko i wyciągnął do rudej rękę, czekając na jedyne słuszne rozwiązanie - pójście z nim. 


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 10, 2016 1:37 pm

Ten czarnowłosy (dalej nie znała jego imienia, ale jakoś nie wpadło jej do głowy, by go o to zapytać) podszedł do niej dość szybko i pomógł jej dźwignąć tę paskudną i okrutną deskę. Luzie czuła się źle, że musiała poprosić o pomoc, ale nieco jej pomagało, że właściwie zażądała jej w bardzo władczy i pewny siebie sposób. Przez to nie czuła się tak okropnie bezradna. Musiała jednak przyznać, że ten facet jej się przydał... Jednak jego późniejsze słowa sprawiły, że cała się spięła.
- Obejdzie się, dziękuję. - Chłodny ton jej głosu mógł zbić faceta z tropu, ale tak naprawdę w środku cała się trzęsła od emocji. Z jednej strony - była wściekła. Po prostu wściekła, że ktoś jej zasugerował, że głupie skaleczenie będzie wymagało u niej pomocy, że sama sobie nie da rady. To sprawiało, że czuła, jakby dał jej w twarz. Z drugiej strony - nieco jej schlebiało jego zachowanie. Nie wiedziała, czy to tylko tani podryw, czy naprawdę mężczyzna chciał być miły i szarmancki, ale poczuła coś, czego od dawna już nie czuła - mile połechtaną kobiecą próżność. W Briggs już dawno przestano ją traktować jak kobietę - o ile kiedykolwiek ją tak traktowano. Tam była żołnierzem, alchemikiem, towarzyszem. Nie zrozumcie źle, to jej pasowało, nawet bardzo. Ale czasem... Czasem tęskniła za komplementami, szarmanckimi gestami, całowaniem w dłoń, ukłonami. Ciężko było wyzbyć się przyzwyczajeń, których nabrała w dzieciństwie. Równocześnie nauczona doświadczeniem każdy taki gest traktowała z nieufnością, popadając nawet momentami w paranoję.
Aż się zachłysnęła słysząc słowa o dalszej pomocy. W tym wszystkim próbowała znaleźć kpinę, może jakiś dowcip, ale... Nie mogła tego odszukać. Zmrużyła tylko oczy, kiedy wspomniał coś o kobietach i kształtach, ale postanowiła to pozostawić bez komentarza. Co robić? Przyjąć pomoc? Fakt, że może mi się jeszcze przydać, dużo gruzu może mi przeszkodzić w dojściu do rannych. Z drugiej strony... Zerknęła w stronę wojskowych. To jasne, że jeśli mocno nie zaznaczy, kto tu rządzi to od razu gotowi cały jej wysiłek przypisać nieznajomemu. Oczywiście, że tak. Sprowadzą ją do roli podrzędnej pielęgniareczki, która tylko skakała dokoła pana doktora, a ten z bohaterstwem i męstwem ratował kolejnych ludzi. Aż poczerwieniała ze złości, choć wszystko to działo się tylko w jej głowie. Ale nie stać mnie na odrzucenie pomocy... Wzięła głęboki oddech. Musi to dobrze rozwiązać.
- Może pan pomóc, ale proszę mi nie przeszkadzać. Trzymać się za mną, nie podchodzić do ofiar, nie dotykać ich, jeśli o to wyraźnie nie poproszę. Umiem sobie radzić, ale sądzę, że pańska obecność może przynieść pewne korzyści, więc przystaję na nią. - Po tych słowach odwróciła się od niego i podeszła drobnymi kroczkami do kobiety leżącej na ziemi. Przyklękła przy niej i poświęciła jej całą uwagę, postanawiając wyrzucić z głowy tego całkiem przystojnego nieznajomego.
- Proszę spokojnie oddychać, proszę pani. Za chwilę pani pomogę i będzie pani bezpieczna. Proszę mi tylko powiedzieć co się pani dzieje, a na pewno zaraz jakoś temu zaradzimy.


Niech MG raczy mi wybaczyć, że zwalam na niego opis obrażeń tejże pani, obiecuję się poprawić Q_Q
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 11, 2016 12:35 am

Iwaizumi postanowił nie zastanawiać się dokładnie nad odpowiedzią chłopaka, bo jakoś nie czuł, by jego samego to dotyczyło. W ogóle sama idea pomagania komukolwiek... Nie...
Teraz były inne rzeczy na głowie... Takie na przykład jak ten kozioł. Przez moment mężczyzna zabijał go spojrzeniem, średnio zwracając uwagę na to, że trzyma czyjąś własność w pysku, lecz na słowa Caseya spojrzał na niego uważnie.
- Ja... tak właściwie to... - nie zdążył nawet bardziej skupić się na wyczuwalnej z ziemi energii, którą w Xing nazywano właśnie Pulsem Smoka (co też Naohiro trochę zdziwiło, że chłopak zna tę nazwę), bo niedługo potem usłyszeli czyjeś głosy, a na oczach dwójki włamywaczy - inaczej się ich teraz określić nie dało, cóż - ukazały się dwie postaci: jasnowłosego mężczyzny i towarzyszącej mu młodej dziewczyny. I zakląłby w tym momencie chętnie - choć przecież mogli się spodziewać, że ktoś ich tu znajdzie - gdyby w jednej chwili nie wydarzyły się dwie równie denerwujące i niespodziewane rzeczy.
Pierwszą było oczywiście to, że Flynn wlepił mu się w ramię, na nowo zresztą przysypany śniegiem. Tu Iwaizumi posłał mu z początku mrożące spojrzenie, już przygotowując się, by odkleić chłopaka od siebie, jednak...
Jednak potem zdarzyła się ta druga rzecz, to jest fioletowowłosa dziewczyna ich zobaczyła i zwróciła się właśnie do naukowca. Zerknął na nią, zaraz potem znów przenosząc spojrzenie na Caseya. Niby nie miał zamiaru odgrywać przedstawienia, zwłaszcza z wtulonym w siebie dzieciakiem, co było dziwne i denerwujące jednocześnie, ale lepiej by było, gdyby jednak wzięto ich za zwykłych cywili...
Zdawał sobie sprawę, że uwaga nastolatki jest zwrócona teraz głównie na nim, więc darował sobie rozzłoszczone westchnięcie i... i bardzo walcząc z tym, żeby w ogóle udało mu się podnieść rękę, poklepał Flynna po ramieniu, jakby miał być to troskliwy gest. Wyraz jego twarzy mówił jednak coś zdecydowanie innego, więc po prostu spojrzał znów na Caseya, żeby nowo przybyli nie zobaczyli jego mocno rozzłoszczonej miny.
- Mhmm... - mruknął, ni to do Mei, ni do chłopaka. Tak po prostu, w końcu to najbardziej uniwersalna odpowiedź. - Dobrze... trochę tylko... Musiałem mu pomóc... - rzucił tonem, który nie miał brzmieć strasznie, ale miłym się nazwać go nie dało... więc wyszło zupełnie obojętnie. Co w oczach innych też mogło nie wyglądać zbyt dobrze, ale już trudno. Zerknął znad oprawek okularów na blondyna i jego znajomą, zastanawiając się, czy tamci im uwierzą. Jednocześnie trochę mocniej zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka, zniżając ton do szeptu, którego pozostała dwójka nie powinna usłyszeć. - Drugi raz tak zrobisz, to cię uduszę na miejscu - rzucił, nawet nie tyle grożąc... no bo w sumie nadal nie próbował się wyswobodzić z objęć Caseya. Ale to tylko dla własnego dobra... byle tamta dwójka ich zostawiła w spokoju.

Dla Luzie i spółki: MG wybaczy chyba, no co innego zrobić mogę xD.
Odgrzebana spod gruzów kobieta nie miała na tyle sił, by skulić się z bólu, powiedzieć coś czy zrobić cokolwiek innego - nawet zareagować na słowa Luzie. Jej przestraszone i z lekka nawet obłąkane spojrzenie ani razu nie spoczęło w jednym punkcie, cały czas przeskakiwało z miejsca na miejsce. Kobieta wydawała się w ogóle nie kontaktować z rzeczywistością - czy to przez szok, czy obezwładniający ból?
Ciężko było nie zauważyć, że ma pogruchotane żebra - kilka z pewnością złamanych, podobnie zresztą z palcami prawej dłoni, którą prawdopodobnie próbowała się jakoś ochronić przed walącym się budynkiem. Nie brak było na jej ciele otarć i drobnych ran, lecz jako tako obyło się bez poważniejszych krwotoków czy otwartych obrażeń. W pewnej chwili drgnęła także lekko z zimna - w końcu zwykła koszula i spódnica, w których przeważnie chodziła po mieszkaniu nie chroniły przed zimnem, jakie właśnie zaczynało ją atakować.

(Państwo wybaczą, jak coś dopisać, to innym razem, bo nie wymyślę już dzisiaj nic...)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 11, 2016 1:27 pm

Uniósł brwi i zrobił rozbawioną minę, po czym podniósł też dłonie w geście niewinności. Czyżby zwykłą kulturą osobistą trafił w jakiś feministyczny czuły punkt..? Czy gdyby otworzył jej drzwi, to ona by go nimi trzasnęła? Takie "zespół R znowu błysnął", ale w wydaniu jednoosobowym... Widział też wahanie w zachowaniu kobiety  i zastanawiało go, czym może być ono spowodowane. Potem... No cóż, ona zaczęła mówić, a Gilbert przypatrywał jej się z niejaką uwagą; czy ta była udawana czy prawdziwa, to już coś zupełnie innego. Należało pocieszyć się tym, że przynajmniej była. 
- Ależ oczywiście - Zaczął tonem parodiującym ten jej i wzruszył ramionami. 
- To nie jest moja praca i nigdy nie będzie, ale postaram się zapamiętać, że kobiety z wojska lubią mieć władzę nad mężczyznami. Prawie jak księżniczka, hmm? - Tutaj bardzo się powstrzymywał przed pogłaskaniem jej albo jakimkolwiek czułym gestem. Nie był zły, bynajmniej; raczej zaciekawiła go taka reakcja, cokolwiek nietypowa na tle tego, do czego był przyzwyczajony. Chyba będzie miał się w co bawić. Tkwił więc tak przy kobiecie, czekając na jakiekolwiek wskazówki; w końcu taka była jej wola, a on i tak wolał obserwacje od działania w takich chwilach. 
W pewnej chwili jednak twarz cyrkowca zmieniła swój wyraz; stała się poważniejsza, uśmiech z niej spełzł, natomiast w oczach pojawił się bliżej niesprecyzowany błysk. Jakiś czas przyglądał się temu, co zrobi Luzie, po czym postanowił jednak zabrać głos. 
- Nie wiem, czy to będzie takie łatwe dla dwóch osób. Jestem zdania, że przydałby się ktoś jeszcze. Tego jest dość sporo~ - I zaraz, czy on zakończył wypowiedź melodyjnie? Cóż, prawdopodobnie tak. I jak najbardziej jego podejście było w tej chwili cokolwiek lekceważące. Naprawdę niewiele obchodziła go tragedia miasta... 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 11, 2016 5:22 pm

Krzyk chłopaka sprawił, że kapitan di Costa przyspieszył kroku. Miał do czynienia z prostym przypadkiem: dwoje ludzi, chłopak wrzeszczący na całe North jak opętany przez demony oraz towarzyszący mu zielonowłosy okularnik. Kto normalny farbuje sobie włosy na kolor trawy? Ezio pokręcił głową. Coraz dziwniejsza ta sytuacja, oj, coraz dziwniejsza...Zignorował chwilowo problem nietypowego wyglądu, jak również i obojętną tonację głosu nie wskazującą na powagę sytuacji, zbliżając się do tulącej się uroczo niby dwa martwe zombie bądź puchate misie z wystaw sklepowych parki. Obrzucił spojrzeniem piszczącego brunecika. No, nie wyglądał na rannego jakoś śmiertelnie, towarzyszący mu mężczyzna też nie umierał jeszcze, zatem sytuację można byłoby uznać chyba za opanowaną....Chyba. Nie miał co do tego pewności, zważywszy, że zauważył, iż mężczyzna nachyla się do ucha krzykliwego młodzieńca i coś mu szepcze. O co mogło mu chodzić? Zmarszczył brwi.
-W waszym wypadku chyba obejdzie się bez wizyty u lekarza, co nie?-spytał tak dla zasady, jakby musiał zadać to pytanie, choć jego oko nigdzie nie mogło dostrzec jakichkolwiek uchybień przeciwko normie bycia zdrowym człowiekiem (choć może odrobinkę zzieleniałym od temperatury). -Mei-chan, sprawdzę sąsiednie budynki, tutaj raczej żadnych ofiar przysypania nie ma...albo kogoś przegapiłem. Ty zajmij się tymi tutaj.
Cóż, Ezio nie byłby sobą, gdyby nie poklepał dziewczynki po włosach i nie odsunął się trochę. Zauważył świeży płaszczyk na ramionach najmłodszego z trzech przedstawicieli męskiego rodu, nie skomentował tego jednak. Zwyczajnie mu się nie chciało. Po chwili w eter uniósł się smród dymu papierosowego, zawiadamiający, iż śmiertelnie, najśmiertelniej leniwy kapitan wojsk Amestris zniżył się do poziomu haniebnego palenia na służbie. Nie, żeby to kogoś jakoś specjalnie dziwiło, taką już miał naturę. Rzadko kiedy przestrzegał zakazu zasmradzania środowiska w czasie wykonywania czynności wojskowych, poza tym w tej temperaturze nawet dobrze było zaciągnąć się dymkiem. Zerknął w stronę innych domów, po czym zaczekał chwilę na odpowiedź. Jeśli ją otrzymał, to poszedł od razu do sąsiedniego budynku, aby nim się zająć i nie zwracał już kompletnie uwagi na dwóch dziwnych nieznajomych.
"W razie czego Meilen sobie poradzi"-usprawiedliwiał się sam przed sobą, ignorując natrętne mrowienie na karku, często znamionujące złe przeczucia, oraz coraz większe zimno w okolicach pęcherza. Coś tak czuł, że od tych trzech upadków złapie wilka. Zaiste, tak będzie.


Ostatnio zmieniony przez Ezio di Costa dnia Pon Wrz 12, 2016 4:34 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 12, 2016 4:02 pm

Zgodnie ze skromnymi przewidywaniami Caseya, nieznajomi zdawali się łyknąć mały haczyk o nazwie "zaatakowała nas lawina, kiedy robiliśmy zakupy". Czy przeszkadzało mu sprzedanie małego kłamstewka? Absolutnie nie, ponieważ tutaj chodziło o większe dobro, to jest o oczyszczenie siebie i Naohiro w oczach mieszkańców, tudzież w ogóle niepsucie swojego wizerunku w North. Wlepiał się więc dalej w ramię mężczyzny i jeszcze dla efektu, gdy obcy do nich podeszli, otarł wcześniej wymuszone łzy.
- Nie potrzebujemy pomocy! Ten pan mnie wygrzebał spod desek i gruzu! - Odparł głosem energicznym i dalej przepełnionym wdzięcznością względem zielonego, chociaż ten de facto nic nie zrobił. No, ale jak to mawiają, show must go on. Ku zadowoleniu chłopaka, blondyn postanowił dać im spokój i wrócić do swoich obowiązków, a teraz pozostawało tylko uporać się z małą. Poklepany po ramieniu w pierwszej chwili nieco się skulił, ale ostatecznie odbierając gest jako nie aż tak niebezpieczny, znowu wrócił do normalnej postawy. Natomiast jego podłą minę skontrował szerokim uśmiechem, który idealnie dopasował się do złośliwego szeptu, jakim odpowiedział mężczyźnie:
- Z tego co wiem to żony się jednak nie dusi~ - Zmrużył oczy, a w jego uśmiechu dało się dostrzec pewną nie do końca podłą kpinę. Zupełnie zmieniając mimikę twarzy na spokojniejszy, delikatny uśmiech, Flynn znowu skierował spojrzenie na nieznajomą, czekając na jakiekolwiek uwagi z jej strony. 
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ulice   

Powrót do góry Go down
 
Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Magnum Opus - Fullmetal alchemist pbf :: North City-
Skocz do:  





OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE Z ZEROCHANA, DEVIANTARTA LUB TUMBLRA. JEŚLI UŻYLIŚMY TWOJEJ PRACY I NIE ŻYCZYSZ SOBIE TEGO, SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI.

@ Moe(Roth) - Twórca stopki.
Kate - Autorka ogłoszenia
Za wszelkie przeróbki odpowiada Casey.