.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Admin
Admin
avatar

Liczba postów : 137
Join date : 01/07/2016

PisanieTemat: Ulice   Nie Lip 17, 2016 2:19 am

First topic message reminder :

Sieć ulic, które przecinają miasto na każdy możliwy sposób. Są z reguły dość ciasne i wąskie, zatem podróż nimi samochodem nie należy do najłatwiejszych. Pokryte cienką warstwą śniegu i przeplecione łańcuchami latarni miejskich wyglądają nocą dość urokliwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://magnumopus.forumpl.net

AutorWiadomość
Meilen Dai
SIERŻANT

avatar

Liczba postów : 60
Join date : 01/08/2016
Age : 19
Motto : Everything's gonna be alright!

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 13, 2016 7:12 pm

Meilen spoglądając to na Caseya to na Naohiro, zamrugała parę razy ze zdziwienia. Ta postura, te włosy, a przede wszystkim te cudowne, błękitne oczy... I TO NIE JEST KOBIETA?
- Mu? J-ja... Przepraszam za to... Ale... T-to ty... Nie jesteś przedstawicielką płci pięknej!? - Spoglądając na czarnowłosego, spytała głosem pełnym wątpliwości. Ta figura, ten uroczy głosik, delikatne rysy twarzyczki, drobny noseczek, długie, gęste, czarne rzęsy i te malutkie, bladoróżowe usteczka! To ma być niby chłopak? No nie wierzę! Już prędzej bym posądziła ich o bycie parą niż czarnowłosego o bycie chłopakiem! Przecież jest bardziej dziewczęcy niż większość kobiet w wojsku! Meilen parę razy energicznie pokiwała głową. Na ziemię sprowadził ją głos jej kapitana. Co? Gdzie? jak? Moment... Co!? A! Zająć się nimi!
- Się robi Ezio-kun! Tylko nie zgub się... No i uważaj, żeby się nie wywrócić! Zobaczysz! W końcu zachorujesz! - Nastolatka salutując, udzieliła odpowiedzi.
- Jakiejkolwiek płci byś nie był, nadal kuśtykasz! Ktoś powinien obejrzeć twoją nogę! Was! W końcu czasami zdarzają się sytuacje, że ofiary pod wpływem adrenaliny nie czują ran, a potem klops. A głupio byłoby umrzeć przez coś takiego, nieprawdaż? - Jej głos był przepełniony troską, natomiast na jej twarzyczce pojawił się szeroki oraz szczery uśmiech. Martwiła się? Ależ oczywiście! W końcu nigdy nic nie wiadomo! A jakby któraś z osób stojących przed nią, miała uszczerbek na zdrowiu, bądź zginęłaby... Nastolatka nie wybaczyłaby sobie takiego błędu. Przecież została wojskową, aby pomagać ludziom, zawsze miała na względzie dobro cywili.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 14, 2016 10:12 pm

Skoro jedna osoba dała im spokój, może nie powinno być wielkiego kłopotu z pozbyciem się także dziewczyny. Zwłaszcza że Casey wypadał całkiem przekonująco w roli uratowanej spod lawiny osoby...
... którą mimo wszystko Naohiro miałby ochotę zagrzebać głęboko pod śniegiem, kiedy tylko dotarło do niego, o co młodemu chodzi, gdy to wspomniał o byciu żoną. Spojrzenie Iwaizumiego spoczęło w tym momencie na chłopaku, a wyczytać się z niego dało - nie po raz pierwszy, zapewne też nie ostatni tego dnia - chęć zmiażdżenia czarnowłosego samym choćby wzrokiem. Tym bardziej nabrał takiej ochoty, dostrzegając ten kpiący uśmieszek na ustach swojego towarzysza podróży. I byłby go może już wrzucił do tej zaspy niedaleko, gdyby jednocześnie słowa Flynna go na swój sposób nie zdezorientowały. Tak, że nawet nie wiedział przez moment, jak mu odpowiedzieć, a gdy wreszcie doszedł do wniosku, że na złośliwość złośliwością odwdzięczyć się należy, dotarła do niego wypowiedź dziewczyny… I byłby się może zaśmiał cicho, że kolejna – zdaje się – osoba wzięła niebieskookiego za dziewczynę, gdyby nie fakt, że tylko zgrało się to z wcześniejszymi słowami Caseya i tym bardziej sprawiło, że Naohiro po prostu chciałby się teraz pozbyć wszystkich w promieniu kilkudziesięciu metrów.
- My… nie… Znaczy nie trzeba nic oglądać, jesteśmy cali… – warknął, zerkając raz to na Meilen, raz na Flynna. Niby udawanie poszkodowanych im pomogło, ale z drugiej strony teraz trudniej będzie się pozbyć kogoś takiego jak ta tu fioletowowłosa. – Nic mu nie będzie. Jestem… lekarzem… – przy tym słowie trochę jakby się zawahał, bo do nazywania siebie medykiem było Iwaizumiemu daleko – … i powinien raczej przeżyć – zakończył, co wcale nie miało brzmienia, jakby po tych słowach powinny zabrzmieć jeszcze „póki nie dobiję go za następnym zakrętem”. No ale… może nikt nie zauważy… A nawet jeśli, to by się nie czepiali już, tylko dali im odejść bez robienia większych problemów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 15, 2016 8:53 pm

Kobieta pochłonęła uwagę Luzie bez reszty, ale mimo wszystko... Usłyszała słowa tego... Tego... TYPA, który nazwał ją księżniczką. Że niby ona lubi rządzić? Władzę mieć nad mężczyznami?! . . . A w sumie nie? Kurna, facet wcelował, ale na pewno nie wie, jak bardzo trafił! Zarumieniła się więc tylko na jego słowa, ale nie odwróciła się nawet, a tym bardziej nie skomentowała tego nijak. Wróciła myślami do kobiety, która wydawała się być w ciężkim szoku. Cała się trzęsła, chyba miała połamane żebra... Nie widać było żadnych otwartych ran, ale Luzie bała się, że każdy nieuważny ruch może wywołać krwotok wewnętrzny. Nie była też pewna jak się mają jej narządy wewnętrzne - wątroba, śledziona, czy odłamki żeber czegoś nie uszkodziły... Jednak przede wszystkim musiała zadbać o to, by się nie wyziębiła.
- Ej ty! - krzyknęła władczo w stronę najbliższego żołnierza. - Rzuć mi płaszcz, szybko! - Z zadowoleniem stwierdziła, że mężczyzna zrobił to bez słowa, a do tego podał jej ubranie na tyle precyzyjnie, że nie musiała się zbytnio ruszać, by go sięgnąć. Przykryła kobietę dokładnie, wręcz czule. - Tak powinno być cieplej, choć wiem, że to nie są idealne warunki... Zaraz postaram się stworzyć dla pani nosze, potem zabierzemy panią do szpitala i tam zajmą się panią w profesjonalnych warunkach. - Cały ten monolog prowadziła właściwie bez sensu, bo kobieta chyba nie kojarzyła kompletnie, co się do niej mówi, ale Luzie czuła się spokojniejsza, kiedy mówiła. W tym czasie też (tak jak mówiła) wygrzebała dwie solidne dechy i coś, co kiedyś chyba było zasłonami, po czym szybkim ruchem narysowała kolejny krąg i zespoliła to wszystko porządnie alchemią, tworząc całkiem zgrabne nosze. Zadowolona z siebie wstała i dała znać żołnierzom, żeby podeszli i zabrali kobietę. Czekając aż ci się przemieszczą usztywniła na szybko dłoń kobiety (jej palce wyglądały również na złamane), aby przynajmniej przy transporcie nic sobie nie zrobiła. Jedna z głowy...
I właśnie w tym momencie znowu odezwał się ON, pan i znawca. Lekko poirytowana już dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego nieco kpiąco.
- A masz jakiś pomysł skąd miałabym wziąć "kogoś jeszcze"? Właściwie kim ty jesteś? Wziąłeś się z totalnego nikąd! Przychodzisz, wydajesz się w sumie nie dbać o nikogo, a mimo wszystko tu jesteś! Tym ludziom potrzebna jest pomoc a nie teorie o tym, że potrzeba "kogoś jeszcze"! - Nieco wyprowadzona z równowagi Luzie bywała... Histeryczna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Wrz 16, 2016 1:35 am

Co Gilbert robił w międzyczasie? Obserwował i grzecznie nie przeszkadzał, jakby faktycznie wziął sobie do serca słowa Luzie. Prawda była oczywiście inna, bo naprawdę coś musiało nim wstrząsnąć, a widok ofiar lawiny nie należał do takich rzeczy. Może i był nieczuły, ale na równi tego "może" było też drugie, które warunkowało poruszenie całą sytuacją, jaka właśnie na jego oczach się odgrywała. Mimo wszystko nie był pozbawiony uczuć czy empatii, jednak szczerze powiedziawszy mniej interesowali go inni ludzie niż on sam. 
Przyglądał się, oglądał i patrzył na to, jak Luzie radzi sobie z ranną, jak przywołuje do siebie żołnierza, nakazuje podać sobie płaszcz, a potem starała się uspokoić niezbyt ogarniającą wszystko to, co się działo kobietę. Znowu alchemiczne sztuczki, które naprowadziły go na myśl, że rude stworzonko jednak błyszczy w wojsku czymś innym niż ładną buzią i stopniem złapanym na piękne oczy. Chyba się pomylił i prawdopodobnie warto będzie jej poświęcić więcej uwagi niż przewidywał. 
I wszystko szło dość spokojnie, ale to do czasu, gdy Luzie odprowadziła kobietę. Wtedy zaczęła się dalsza część przedstawienia, podczas której Gilbert zrobił zaskoczoną minę i uniósł w geście niewinności dłonie, na które swoją drogą nie nałożył rękawiczek po wyprawie z kawiarni. Czuł się w tej chwili trochę zaatakowany, ale naraz całość bawiła go, dlatego w kolejnej chwili na jego twarz powrócił cień uśmiechu. 
- Pojawiłem się z kawiarni, z której ty też się pojawiłaś, jak nietrudno się domyślić, zaalarmowany tym, co tu widać. Pomysł mam, jest tu masa żołnierzy. Chyba logiczne, że powinni słuchać osoby, która wie, co robi, ergo ciebie, major Luzie von Treskow. Nazywam się Gilbert Liddell i kontynuując odpowiedź na pański zarzut, wziąłem się z Crety. - W następnej chwili ton cyrkowca stał się chłodniejszy. Podszedł do Luzie bliżej i spróbował wychwycić jej spojrzenie własnym. 
- To nie są teorie, to jest jasne postawienie faktu. Nie zgrywaj bohaterki. Świata nie zbawisz sama. Nie marnuj energii na złoszczenie się, bo jesteś tak czerwona, że mogłabyś topić ten śnieg albo z twoich uszu jak z czajnika mogłaby pójść para. Z takim gwizdem. - Mimo absurdalnie dziecinnej treści wypowiedzi, twarz Gilberta pozostawała kamienna, a głos chłodny. Teraz czekał na to, jaki będzie kolejny ruch Luzie. 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 17, 2016 8:42 pm

Skoro nikt tu nie potrzebował pomocy, to Ezio przeszukiwał sąsiedni dom. Był on wprawdzie już w fatalnym stanie, a zimny i bez tego śnieg utrudniał pracę, niemniej jednak młody wojskowy zajął się tą kwestią i bez większych trudów dostał się do środka. Połamane meble, zasypane schody, szkło na podłodze, jakieś misie ze śniegiem na pluszowych uszkach uświadamiały mu niezbicie, że w domu tym mogą być dzieci. Co gorsza, mogły one być ofiarami śmiertelnymi lawiny, która poczyniła tyle zniszczeń. Przeszukał jakąś kuchnię, potem przeszedł do jakiejś małej jadalni (a przynajmniej tak wnioskował po rozkładzie pomieszczeń i meblach), następnie sprawdził dość pobieżnie kolejny pokój. Tam znalazł zmarznięte i płaczące dziecko. Dzieciak, rodzaju męskiego i w wieku około trzech lat, wyraźnie potrzebował pomocy. Temu przypadkowi należało się przyjrzeć! I to dogłębnie!
- Cześć, jestem Ezio- uśmiechnął się do malca. Podniósł jakąś zabawkę, po czym otrzepał ją ze śniegu i podał chłopcu. Gdy ten ją przyjął, okrył go własną kurtką. -Jak masz na imię? Powiedz, był tu ktoś jeszcze? Mama? Tata? Może braciszek albo siostrzyczka, hm?
Czekając na odpowiedź, wziął brzdąca na ręce i wyniósł z pomieszczenia na zewnątrz. Wolał nie pozostawiać go tu samego. Wzrokiem szukał Meilen - zresztą po chwili odechciało mu się szukania. Bezpieczniej było zawiadomić dziewczynę głosem potężnym niby wieża studzwonna:
-Sierżaaaaaaancie! Odmeldować się, mam dzieciaka do opieki! I to w tej chwili, bo ptysia w kawiarni po wszystkim nie kupię!
Była to, oczywiście, groźba bez pokrycia. I tak jej kupi tego cholernego ptysia, choć mógłby za to kupić ze trzy paczki papierosów...no, ale są rzeczy ważne i ważniejsze, są rzeczy słodsze i najsłodsze.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 18, 2016 2:47 am

Na spojrzenie swojego towarzysza dalej odpowiadał swoim wrednym, triumfującym uśmieszkiem, ale to tylko do czasu, aż usłyszał głos nieznajomej i... I w tej chwili resztki męskiej dumy chłopca, który dla przypomnienia sam nazwał się żoną Naohiro, roztrzaskały się jak fale uderzające o skałę. Mina bruneta zrzedła natychmiastowo, chociaż w zasadzie spodziewał się tego i był do tego przyzwyczajony. W końcu był w pełni świadom swojego wyglądu i głosu, także chyba nie mógł mieć za złe pomyłki. 
- No nie jestem o ile wiem! A-ale portek nie ściągam przy obcych, więc się nie przekonasz! - Odparł mimo wszystko zakłopotany chłopak i w końcu odlepił się z własnej woli od ramienia Naohiro, ale właściwie tylko po to, żeby skrzyżować ręce na piersi tak, że do esencji focha wystarczyłoby dodać  tylko przytup. Ot co! Szkoda tylko, że mimo zapewnień, dziewczyna nie chciała sobie pójść, trzeba będzie zmienić trochę strategię. Z twarzy spełzł domniemany foch, a pojawił się spokojny i uprzejmy uśmiech. Chłopak kontynuując udawanie rannego, ale nieco mniej niż wcześniej, zrobił te dwa-trzy kroki do dziewczyny i poklepał ją czułym gestem po głowie. 
- To takie urocze, że się martwisz o obcych. Ze świecą takich szukać, ale... Gdzieś tam są ludzie, którym jest gorzej niż mi! Tylko się trochę obdrapałem. I nie umrę, bo wiem, że mogę liczyć na tego pana, bo podróżujemy razem i bardzo mu ufam. Także on obejrzy moją nogę, a ty leć do potrzebujących. Możemy tak zrobić? - I żeby już w ogóle było uroczo, Casey wypuciał policzki dzielnej dziewczynki, a widząc, że zareagowała na wołanie "sierżancie", uniósł brwi i nie mógł powstrzymać szerszego uśmiechu. 
- No, leć. - Ponaglił ją i chwilę odprowadzał wzrokiem, po czym odetchnął głęboko i znowu popatrzył na Naohiro. 
- Poszło gładko, ale chyba się przeziębiłem trochę. Aaa... No i przepraszam za zamieszanie, ale jak mawiają... - Tutaj uśmiech przybrał wyraz mówiący, że nadciąga bardzo słaby suchar. 
- Lepiej dmuchać na zimne! - Za to w tym punkcie programu Casey zaśmiał się z własnego żartu. Po chwili spoważniał jednak i popatrzył na Naohiro pytająco. 
- To... jaki pan ma plan dalej? Gdzieś się zameldować trzeba i, aaa, ile ja bym dał za ciepłą kąpiel... Po tych okropnych kozach, podróży paskudnym samochodem, lawinowym kichaniu i alchemii i rozdartych gatkach nie ma nic lepszego! Boli mnie zadek od siedzenia w tamtym wozie, kręci mnie w nosie i chyba nigdy nie pozbędę się z niego koziego smrodu, chcę do łóżeczka i bolą mnie nogi od chodzenia i głowa mnie boli, bo jest już po czasie na drugą kawę, a picie kawy po osiemnastej powinno być zabronione, co rooobiiiiić! - ... I Casey Maruda Mode wchodzi do gry. 
Powrót do góry Go down
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 18, 2016 11:39 pm

Zacisnęła usta, by opanować złość. To, że ten człowiek - Gilbert, wreszcie wiedziała, jak się nazywa - jej odpowiedział i to do tego TAKIM tonem nieco ją zaskoczyło, nie spodziewała się tego. Choć jego ton był zimny a twarz pozostała niewzruszona to Luzie podświadomie czuła, że ją testuje i tak naprawdę wcale nie jest zły. Patrzyła więc mu twardo w oczy, czując równocześnie rosnącą fascynację. A więc pochodzić z Crety? Co tu robisz w takim razie, w North? Pracujesz? Nie wyglądasz na wojskowego, nie wylegitymowałeś się przede mną stopniem, więc nie, armia odpada. Nie jesteś też alchemikiem. Kim jesteś Gilbercie Liddell? Poczuła dreszcz, kiedy się do niej zwrócił pełnym nazwiskiem a wcześniej jeszcze dodał stopień. Nie potrafiła jednak określić, skąd się wziął. Czy to podniecenie, ekscytacja, poczucie władzy? I dlaczego nie umiała odwrócić wzroku, a jedynie przeszywała go spojrzeniem, jakby miała nadzieję znaleźć wszystkie odpowiedzi w jego oczach?
- Żołnierze nie mają odpowiedniej wiedzy medycznej, by zbliżać się do ludzi, których ja lub moja towarzyszka wcześniej nie obejrzymy - odpowiedziała, ale już bez pierwotnej złości. A ta uwaga o byciu czerwoną... Musiała mocno się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem, a i to zrobiła, by nie wyjść na taką, którą można ugłaskać jednym dowcipem. Jednak wyraz jej oczu nieco złagodniał. - Czasem muszę być bohaterką, bo świat takich potrzebuje, nie sądzisz, Gilbercie? A ci tam - machnęła w stronę żołnierzy, którzy akurat radośnie gawędzili sobie, zadowoleni, że nie muszą się pchać w niebezpieczne gruzowiska - na pewno nimi nie zostaną. Ale skoro mowa o gwizdaniu... - Luzie uśmiechnęła się w tym miejscu, a uśmiechu tego nie powstydziłby się sam Szatan... Po czym gwizdnęła głośno, tym samym na śmierć przerażając żołnierzy, tych samych, którzy tak byli zajęci rozmową. - Zajmijcie się pracą, nieroby! Nie jesteście tu na wakacjach! Natychmiast macie się rozproszyć! Przydajcie się do czegoś i utorujcie mi drogę do tych ludzi, do których dacie radę! - Po tych słowach odwróciła się z powrotem do Gilberta i obdarzyła go uroczym uśmiechem, podszytym jednak tymi złośliwymi ognikami. - Będziemy więc kontynuować naszą akcję ratunkową, skoro, jak to byłeś już uprzejmy wspomnieć, żołnierze posłuchali osoby, która wie, co robi?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 19, 2016 3:29 pm

Chyba jego mała zabawa przyniosła pożądany efekt, to jest wywarła na Luzie jakieś wrażenie i zdecydowanie wpływ. Przyglądał się kobiecie badawczo, a kąciki jego ust mogły nieznacznie unieść się ku górze. Rozbawienie najwidoczniej powoli z niego wychodziło, ale może to jednak po prostu to coś, co każe uśmiechać się, kiedy patrzysz na kogoś, kto w jakiś sposób cię zainteresował? Cokolwiek by to nie było, mężczyzna jakoś nie próbował tego kryć. 
-Słońce, to jest bezpodstawne trochę, ta dyskryminacja znaczy. Poza tym tak czy inaczej zjawi się tutaj profesjonalna pomoc medyczna, zniszczenia są zbyt duże, a jesteśmy w stolicy regionu. Zdajesz się nie przepadać za mężczyznami, jednak ani nic nie zrobiłem ci ja ani oni. Po co tracić zdrowie na złoszczenie się? Będziesz rozkojarzona i spięta, zaczniesz popełniać błędy i nikomu nie pomożesz. I... - I gwizd, na który sam cyrkowiec zatkał uszy; widział wcześniej jej uśmiech, ale nie przypuszczał, że zrobi coś takiego i tak dosłownie przyjmie jego uwagę o gwizdaniu. Niemniej jednak to... coś, ten odgłos, okazał się efektywny i widząc kolejny uśmiech, którym kobieta obdarzyła go, sam wyszczerzył się z pewną satysfakcją. 
- No, całkiem nieźle. Widzę, że dobrze oceniłem pani osobę. Wobec tego myślę, że możemy ruszać dalej! - Oznajmił tonem wesołym, w którym zupełnie nie zostało już nic z tego, jakim mówił jeszcze chwilę temu. Poza tym lekko skłonił się przed kobietą i wyciągnął do niej dłoń do niej, na twarzy dalej mając uśmiech; teraz jednak jego mina mogła zdawać się bardziej wyczekująca. 
- Proponuję taki układ. Ty będziesz uważać na ludzi, bo ci zależy, a ja będę uważać na ciebie. - Mimo podania powodu działań Luzie, postanowił własny zostawić niedopowiedziany. Jaki naprawdę był? Zainteresowanie, chęć zabawy, może z czasem coś więcej. 
- Ach! No i swoją drogą, bo mi po drodze, zechcesz dać się potem wyciągnąć na coś dobrego? - Spytał już zupełnie luźnym tonem, takim, jakby byli na spacerku przez zaśnieżone alejki, a nie szli poszukiwać poszkodowanych. 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 20, 2016 9:40 am

I choć Gilbertowi udało się już ją uspokoić to jego kolejne uwagi znów nadszarpywały jej cierpliwość. Dyskryminacja? Ona nikogo nie dyskryminowała, doskonale po prostu wiedziała, że ludzi trzeba ustawić, bo inaczej rozlezą się ją głupie kundle, które szukają albo czegoś do żarcia albo do spółkowania. Sam miał przed chwilą dowód na to, że żołnierze są praktycznie nieodpowiedzialni. Czasem się zastanawiała, czy przed przyjęciem do wojska prowadzone są jakiekolwiek porządne testy psychologiczne... Owszem, pomoc medyczna na pewno się zjawi, w to nie wątpiła, pytanie po jakim czasie i w jakiej ilości, bo wypadków było wiele, na pewno wszyscy potrzebują pomocy... Jednak Luzie naprawdę to wszystko by odpuściła, bo nie chciało jej się już wykłócać z nieznajomym. Poważnie. Nawet jej wrodzony upór został pokonany i pewnie tylko skwitowałaby jego słowa krzywym uśmieszkiem, mówiącym wyraźnie, że nie zasługuje na strzępienie sobie języka... Gdyby nie te słowa o mężczyznach.
Nie przepadać za nimi? Dobre sobie. Kobieta żachnęła się, a jej twarz dopiero teraz zrobiła się czerwona. Przecież ona uwielbiała mężczyzn. Nie należała do tych pseudo feministek, które traktują facetów jak zło konieczne i najchętniej wypędziłyby ich ze świata. Nie, ona doceniała wszystkie męskie gesty i cechy - zaradność, uprzejmość, otwieranie drzwi, całowanie w dłoń... Co z tego, skoro kiedy tylko ktoś to odkrywał zaczynał traktować ją jak niepełnosprytną kobietkę, której trzeba pokazać jak się chodzi, mówi, myśli? Luzie w głębi serca MARZYŁA o mężczyźnie, który by ją docenił taką, jaka jest, a równocześnie sprawiłby, że czułaby się... Jak księżniczka, dokończyła w myślach, czując, jak policzki jej płoną. Głupi, głupi, głupi Gilbert!
- Ja wcale nie mam nic przeciwko płci brzydkiej, panie Liddell! - wyrzuciła z siebie odrobinę piskliwym tonem, po czym można było poznać jej zdenerwowanie. Czy do jej głosu wkradła się też panika? Dlaczego właściwie rozmawiali o jej prywatnych preferencjach? Czy ja właśnie dałam się podpuścić? - Z-zajmijmy się może lepiej akcją, w porządku? - I już już miała się do niego odwrócić plecami, gdy... Znowu zmiana. Jego uśmiech był naprawdę uroczy, chyba mu zaimponowała, takie przynajmniej odniosła wrażenie. A kiedy wyciągnął dłoń w jej kierunku nie wahała się ani przez sekundę (co zadziwiło ją samą).
- ...Bo tobie zależy na mnie? - dokończyła jego zdanie, choć nie pozostało ono urwane a równocześnie podała mu rękę, powoli, jakby robiła to z pełnym rozmysłem. Równocześnie odpowiedziała również uśmiechem. - Zgoda, panie Liddell. Możemy zawrzeć taki układ.
Czuła się doprawdy dziwnie, przechodząc takie zmiany nastroju w ciągu pięciu sekund - od złości do radości, od irytacji do rozbawienia... To chyba naprawdę był dziwny typ. Zaczęła już ostrożnie iść (choć było to dużo łatwiejsze, od kiedy ta zgraja nierobów zaczęła zajmować się czymś pożytecznym), kiedy dotarły do niej ostatnie słowa mężczyzny. Oczy rozszerzyły jej się na moment, ale natychmiast zapanowała nad mimiką. Szkoda, że w podobny sposób nie udało jej się uspokoić szybciej bijącego serca.
- Tylko pod warunkiem, że dobrze się spiszesz w misji pilnowania mnie - odpowiedziała wesoło, zerkając na niego przez ramię z figlarnym uśmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Meilen Dai
SIERŻANT

avatar

Liczba postów : 60
Join date : 01/08/2016
Age : 19
Motto : Everything's gonna be alright!

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 20, 2016 7:21 pm

- T-to oczywiste, że nie chce pan ściągać spodni... A powiem więcej! Nikt z tu obecnych nie chciałby tego oglądać! - Meilen odpowiadając, zarumieniła się delikatnie. Dziewczyna nie była przyzwyczajona do tego typu sytuacji, więc zbytnio nie wiedziała jak się zachować. Lekko zakłopotana cofnęła się o kroczek w tył, aby jeszcze raz przyjrzeć się Caseyowi. Wtedy on podszedł do niej i poklepał ją po głowie. Urocze? A nie dojrzałe? Resztę monologu dwudziestolatka wysłuchała cierpliwie, nie przerywając mu i dogłębnie analizując jego słowa. I wtedy odezwał się Ezio. Zerknęła w stronę, z której dochodził głos jej kapitana. Też mi groźba... Chwila... A to nie on mówił, że przepił i przepalił wypłatę? Pomimo tej myśli i szantażu wręcz emocjonalnego, Meilen miała wątpliwości czy powinna zostawić pierwszą ofiarę lawiny, którą spotkała czy nie... Jednak usłyszawszy wypowiedź czarnowłosego, ruszyła wte pędy w stronę blondyna i... Dzieciaczka! No proszę! Ktoś mniejszy i młodszy od fioletowowłosej. Meilen ukucnęła przy dzieciaku, zupełnie ignorując Ezia.
- Ojejku! Coś cię boli? Mógłbyś mi pokazać gdzie dokładnie? - Nastolatka zaczęła dokładnie przyglądać się malcowi. Biedne, przemarznięte dzieciątko... Jest jeszcze młodszy niż ja, gdy przemierzałam pustynię. Oby z jego rodziną było wszystko w porządku. Czy Mei się martwiła o chłopczyka? Jak najbardziej? Czy chciała mu pomóc? Oczywiście, w tej chwili tylko on zaprzątał jej głowę. Czy było jej go szkoda? Najprawdopodobniej, gdyby nie obecność chłopczyka, już by płakała nad jego marnym losem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 21, 2016 1:52 am

Urocza. 
To jedno słowo jakby automatycznie przewijało się mu przez głowę, gdy przyglądał się reakcjom Luzie. Dalej miał w świadomości nieprzyjemny aromat lekkiego feminizmu związanego z tym, jak bardzo stara się dorównać mężczyznom i jak mocno jest na tym punkcie drażliwa, ale nie czuł, by miało to być dla niego jakąkolwiek przeszkodą w dalszych kontaktach. Najwyżej czeka ich nieco przekomarzania, złośliwości i zabaw, co zresztą było mu bardzo na rękę. 
- Ależ to jasne, królewno. Chociaż w tej bajce to ty jesteś rycerzem, ale mi to całkiem pasuje. Doceniam zaradność u ludzi. - Tak też Gilbert grzecznie prowadził ją dalej przez gruzy, uważając oczywiście na wszystko, co mijali po drodze; po prostu wolałby, by jednak ani jej ani jemu samemu nic się nie stało. W końcu byłoby raczej szkoda takiej ślicznej istoty... I Luzie w sumie też. Na to, jak ona dokończyła jego wypowiedź, jedynie uśmiechnął się zagadkowo i puścił jej oczko, w duchu zadowolony tym, że zgodziła się na jego propozycję. Czy mu zależało, to trudno określić, ale tylko i wyłącznie ze względu na to, że był osobą dość dynamiczną, która nudziła się dość szybko. Jednak... Chyba póki co miał zabawę za godną uwagi. 
Zdołał natomiast wyłapać zmianę jej miny, chwilową i przelotną niby ten motylek, który przez moment miga gdzieś, zauważony zaledwie kątem oka. Postanowił jednak nijak tego nie komentować, uznając, że i tak ma dość dobry humor związany z umówioną randką. Chociaż przyznać trzeba było, że złoszczenie tego uroczego stworzonka było czymś, co zdecydowanie przypadło mu do gustu. 
- Postaram się spełnić jak najlepiej zadanie i... och, sytuacja zdaje się znacznie lepsza niż była. - Zauważył z lekkim zaskoczeniem i może nawet lekką ulgą. Akcja szła dość szybko i z domów były wyciągane już ostatnie osoby. 
- Chodźmy jeszcze do tamtego domu, hmm? Wygląda na to, że tam nikogo nie było z ekipy, jest zawalony, to jest wejście... - Zerknął na Luzie, wskazując na jeden z bardziej wysuniętych w stronę podnóża gór dom, do końca już zdając się na nią. 


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Naohiro Iwaizumi
PRYWATNY BADACZ

avatar

Liczba postów : 57
Join date : 04/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 22, 2016 12:30 am

Naohiro zdecydowanie nie był osobą równie wylewną i równie miłą, albo przynajmniej zgrywającą miłą jak Casey, któremu całkiem dobrze wychodziło przekonywanie dziewczyny, że nie potrzebują pomocy ani jej, ani jej towarzysza, który tak szczęśliwie postanowił sobie pójść gdzieś dalej. Zielony tylko obserwował, jak chłopak podchodzi do dziewczyny i zapewne dla innych dość czułym, dla samego Iwaizumiego zupełnie niepotrzebnym gestem poklepuje ją po głowie. Przewrócił więc tylko oczami, w tym momencie jednak usłyszał głos Ezia wzywający fioletowowłosą. Zerknął pośpiesznie na młodą sierżant, chcąc upewnić się, czy ta posłucha kompana i z niejakim zadowoleniem w oczach przyjął fakt, że pognała w jego kierunku, zostawiając Caseya i Naohiro samych.
Długo jednak to zadowolenie nie trwało, bo odezwał się niebieskooki towarzysz naukowca, co ten momentalnie skwitował bliżej nieokreśloną miną.
- Było uważać jak chodzisz i nie wpadać bez przerwy do śniegu. Teraz już przeżyjesz - mruknął na wzmiankę o rzekomym przeziębieniu Flynna. Gdyby Iwaizumiemu się chciało, mógłby już teraz wygrzebać coś leczniczego z własnej torby, ale jakoś tak nie rwał się teraz do pomocy. Zwłaszcza gdy młody rzucał sucharami, na które to Naohiro mógł tylko parsknąć z zirytowaniem.
Z zaskakującą cierpliwością - a może to była tylko cisza przed burzą - wysłuchał tego pełnego narzekań wywodu chłopaka, nie odzywając się jeszcze chwilę, gdy ten skończył swój monolog.
- Myślałem, że podróż ci się podobała. Wydawałoby się, że z tymi brodatymi diabłami zostaniecie przyjaciółmi na zawsze... Więc jednak nie? - rzucił dość obojętnym tonem, poprawiając raz jeszcze swój nowy płaszcz i zaraz potem wsuwając ręce do kieszeni. - I nie miałeś zamiaru jeszcze przed chwilą iść do ludzi i pomagać? Czy jednak zależy to wyłącznie od tego, czy ci się chce, czy wolisz po prostu udawać, że nic się nie dzieje? - dodał już z lekka złośliwie. Samego Iwaizumiego oczywiście nic to nie obchodziło, lecz skoro nagle nabrał takiej ochoty na mówienie, należało się wygadać. - Rób jak uważasz, ale jeśli planujesz tak marudzić, możesz sobie zostać tutaj, bo na nic mi ktoś taki potrzebny. - Odwrócił się znów w kierunku centrum miasta, gdzie skutki lawiny nie były już aż tak widoczne. Poprawił okulary, zerkając tym samym na Caseya, po czym z miejsca ruszył przed siebie. - Jak chcesz, chodź... Trzeba się gdzieś zatrzymać. A co dalej... się pomyśli... - rzucił przez ramię, nie zastanawiając się nawet, czy chłopak za nim idzie. Jeśli ten niebieskooki maruda miał zamiar tak się zachowywać dalej, Naohiro zdecydowanie odrzuciłby spędzenie jeszcze więcej czasu razem... Ale coś mu zabraniało podjąć decyzję, by już teraz zostawić Flynna.
Po chwili marszu westchnął też cicho, schodząc myślami na bezpieczniejsze tematy.
- ... i przydałoby się zastanowić, jak tu trochę zarobić... nie kradnąc - mruknął ni to do czarnowłosego, ni do siebie, rozważając, na jak długi pobyt w North pozwalają zasoby jego portfela. Póki co nie było z tym kłopotu, gorzej kiedy indziej...
A zresztą teraz priorytetem było znalezienie jakiegokolwiek miejsca do przenocowania... Co też Naohiro właśnie robił, gdy trafił na bardziej już zaludnioną uliczkę, po drodze starając się rzecz jasna omijać wszelakich wojskowych. Teraz dotarcie do centrum było kwestią czasu, skończyły się uciążliwe zaspy śniegu, więc łatwiej było się przemieszczać. Choć gęstniejący tłum przechodniów na ulicy zbytnio też temu nie sprzyjał. I niby można by spytać kogokolwiek o drogę do jakiejś dobrej gospody... ale skąd, Iwaizumi nawet o czymś takim nie pomyślał.
Końcówka tak marna, że mnie boli, ale trzeba się zbierać do spania, to więcej nie napiszę, wybacz!

Ezio i Mei:
Chłopczyk przez jakiś czas patrzył zaszklonym od łez wzrokiem w twarz Ezia, jakby jednocześnie bojąc się i widząc w nim bohatera, który uratował malca przed siedzeniem w samotności i czekaniem na powrót rodziców w strachu o to, co się w ogóle dzieje.
Pokręcił główką, słysząc pytania mężczyzny.
- W... w placy... - szepnął cichutko z typowym dla dziecka seplenieniem, jeszcze bardziej smutniejąc i w moment wtulając się w Ezia. Trochę przestraszył się jego okrzyku, jednak gdy oczom malca ukazała się fioletowowłosa miła istotka, jego buźka nieco pojaśniała. - Ała... nie - powiedział całkiem ufnie; widać był jedynie trochę przemarznięty i zdecydowanie wystraszony. I najwyraźniej spodobały mu się włosy Mei, bo złapał ich jeden kosmyk i pociągnął lekko. Przez moment na jego twarzyczce gościł uśmiech, zaraz potem jednak mały znowu posmutniał.
- ... mama... - rzucił znów ze łzami w oczach, wtulając się tym razem w dziewczynę.
Kto wie, gdzie są teraz rodzice dzieciaka: może w pracy, może się już zbliżają - można by go w każdym razie albo oddać sąsiadom, albo odprowadzić do dowodzenia i tam by się zajęli oddaniem go rodzinie, albo co innego, jeśli macie pomysł~

Luzie i Gilbert:
Dom wskazany przez mężczyznę faktycznie był częściowo zawalony, ale z tego miejsca nie wyglądało na to, by wnętrze budynku zostało uszkodzone równie poważnie jak poprzedniego. Jako że ekipa przydzielona tutaj zajęła się obecnie pierwszym domem, w tym tu brak żołnierzy, zresztą nie zabraliby się na odgrzebywanie wejścia sami.
Jeśli Luzie albo Glibert postanowią spróbować wejść do środka - tam nie będzie nikogo, ale mogą wpaść na dosyć złego, wystraszonego i najeżonego rudego kota, który z miłą chęcią rzuci się na każdego, kogo zobaczy pierwszego. A to, czy z pazurami, czy po prostu z chęcią wtulenia się w jakiegoś człowieka - zostawiam waszej inwencji.
(I tak, nie chce mi się wymyślać jakichś urazów i skaleczeń ludzi bo obecnie jestem zdolna jedynie do rysowania sobie moich ładnych wzorów z biologii...)

I mogę was tu już puścić wolno oraz podziękować za stawienie się jako pomoc przy ogarnianiu miasta po lawinie. Wszystkich się udało tu zgarnąć, więc się cieszę, ale teraz już nie będę u was mieszać; chyba że będzie jeszcze potrzeba, to wtedy dopiszę coś jako MG.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 22, 2016 11:26 am

Skierowała się od razu w stronę domu, który wskazał, gotowa przeszukać go od góry do dołu i na odwrót, byle tylko mieć pewność, że nikogo tam nie ma. Wejście było zawalone, ale co to dla niej, wprawnej alchemiczki? Jeden szybki krąg i wejście wróciło do normy, a chyba nawet wyglądało lepiej niż przed lawiną. Jednak po wykorzystaniu alchemii poczuła lekkie pulsowanie w skroniach. Stres i zmęczenie dały jej się we znaki.
- Po wszystkim przyda mi się kieliszek wina... - mruknęła do siebie, zapominając, że Gilbert stoi dość blisko i może doskonale usłyszeć wszystko, co ona mówi. Ostrożnym krokiem weszła do środka, mając nadzieję, że za chwile nic nie zleci jej na głowę. Nasłuchiwała płaczu, może jęków lub krzyków, które miałyby świadczyć o czyjejś obecności. - Halo? Czy jest tu ktoś? - zawołała, ale odpowiedziała jej tylko głucha cisza. No może niezupełnie... Gdzieś z lewej strony dobiegł ją syk, prychnięcie, ciężkie do zidentyfikowania. Luzie odwróciła głowę w stronę dźwięku i jej oczom ukazała się przewrócona miska. Wyglądało to naprawdę groteskowo - dokoła zniszczenia, gruz, cegły, pył... A tu miska. Leżąca do góry dnem i dodatkowo przygnieciona stertą śniegu, który najwyraźniej wsypał się do domu przez zawalony dach. Miska syczała i prychała, jakby chciała bardzo wyrazić niezadowolenie ze swojego stanu...
- Gilbercie? Jak sądzisz, co to jest?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 24, 2016 2:09 am

No i chyba kolorowy obrazek przyjaźni z Naohiro troszkę przybladł, ale nic straconego... Prawdopodobnie. Możliwe, że mężczyzna chciał w ten sposób odreagować stres związany z tym, że prawie przyłapano ich na kradzieży, mogło być też wynikać to ze zmęczenia albo czegoś takiego. Natychmiast uciął marudzenie kiedy tylko zielony zaczął zwracać na nie niezbyt przychylną uwagę i uciekł od niego wzrokiem, czerwieniąc się momentalnie. 
- Y-ym... - Odmruknął jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku, a na kolejną uwagę drgnął jakby właśnie został spoliczkowany. Spojrzenie wróciło na zielonego, a sam Casey grzecznie szedł za mężczyzną jak potulne zwierzątko i wysłuchiwał wszystkiego, co ten mu mówił. Czuł się trochę zagubiony i zdecydowanie zabrakło mu języka w gębie, po prostu postanowił ukorzyć się i słuchać starszego, czując, że mimo podobieństw, które widział między Naohiro a Cathairem, na tego pierwszego nie podziałają małe szantaże emocjonalne działające na starszego brata. 
- A... Akcja ratunkowa się już kończy. Nie jestem medykiem i nie pomogę, bo nie potrafię. I... chyba wolę udawać, tak łatwiej i... - Zrównał się z mężczyzną krokiem, a minę starał się zrobić zaciętą, ale dalej na jego twarzy widoczny był wstyd i jakaś niepewność, chyba po raz pierwszy w czasie spotkania z Naohiro. - ... i póki co mam na oku dwa życia, które mnie interesują! Inni już mniej, bo... ich nie znam... - To dodał już ciszej, ale z większą mocą. 
- I nie mam zamiaru zostawać! I... I wiem... Ale nie chcę pana zostawiać i nie chcę być w tyle za panem! Chcę się przydać i.. I  no ten! - Frustracja załamująca głos? Ależ skąd... No, może tylko trochę. I tylko trochę został w tyle, bo przystanął, jakby w wyrazie pewnej bezradności, obserwując jedynie sylwetkę mężczyzny z Xing. I potem Naohiro zaproponował mu pójście ze sobą, na co energicznie pokiwał głową i natychmiast go dogonił. 
- Ja zwykle biorę byle jakie prace. Człowiek się uczy nowych rzeczy i tak dalej... A tutaj można spróbować zredukować zniszczenia po lawinie. Jutro możemy się zorientować, alchemikom dość dobrze się płaci, także mogę się zgłosić. Mam trochę pieniędzy... Nie wnikam w pańską kieszeń, ale myślę, że jakoś wyżyjemy. - Już spokojniejszy chłopak posłał Iwaizumiemu coś, co miało być szerokim uśmiechem, ale że dalej był speszony, to wyszedł raczej jego cień. Sam Casey również rozglądał się za jakimś miejscem, w którym mogliby się zatrzymać i w końcu dostrzegł jakieś; coś w guście motelu przy okolicznej stacji kolejowej. 
- Może być? - Spytał, ciągnąc mężczyznę za rękaw, a drugą dłonią wskazując mu budynek. - Jak tego to możemy... Się przenieść do mniejszego miasta. Tam może być taniej. - Zaproponował jakby dalej z pewną niepewnością, po czym ze swoim towarzyszem ruszył w tamto miejsce. 
zt. 
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 24, 2016 7:19 pm

-No już dobrze, malutki, teraz zaprowadzimy cię do mamusi i tatusia~~ Tylko nie płacz!-wyraził prośbę Ezio. Nigdy nie miał doświadczenia z dzieciakami, ale, kurdesia - jak smarkacz się rozryczy na całe miasto, to ci żołnierze pomyślą jeszcze, że co najmniej go zmolestował czy coś zamiast ratować, no! Rozejrzał się uważnie, aby ocenić sytuację. Z tego, co zauważył, ofiary losu w liczbie dwóch, które wcześniej dostrzegli, już się zmyły, jakichś innych uszkodzeń bądź rannych nie zauważył (a przeszukiwał dokładnie wszystkie domostwa!), wobec tego istniała możliwość wzięcia tej małej, trzyletniej i zabeczanej sprawy w swoje ręce. A konkretniej, za ręce. Chwycił dzieciaka za rączkę, drugą jego dłoń wsunął w dłoń fioletowowłosej porucznik, po czym ruszyli we trójkę przez zaśnieżone ulice. Trząsł się niesamowicie od zimna, starał się też nie szczękać zębami. Bardzo słabo mu to wychodziło, w szczególności, że słupki na termometrze wskazywały wartości poniżej zera, a wcześniejsze trzy upadki zrobiły swoje. Szedł jednak, prowadząc brzdąca za rączkę i uśmiechając się do niego ciepło, mijając po drodze jakichś żołnierzy...i chyba kobietę w towarzystwie mężczyzny.
-A możesz mi powiedzieć, kolego, gdzie mamusia pracuje? -uśmiechnął się ciepło do chłopca, po czym pogładził go po włoskach i pstryknął delikatnie w nosek. - Bo jakby co, to cię zaprowadzimy z tą miłą panią tutaj do panów z wojska, a oni ci tam już pomogą znaleźć mamusię...ale jeśli umiesz powiedzieć, gdzie pracuje mamusia albo tatuś, to powiedz. Będzie fajnie!
Zerknął na Meilen z miną pod tytułem "widzisz, jak chcę, to umiem być lepszym opiekunem dzieci niż człowiek niezdemoralizowany!", a następnie strzepnął jakieś resztki śniegu z przemoczonych dokumentnie spodni. Już czuł tego wilka, jakiego złapie, to przeziębienie, te gorączki!
- A z tym ptysiem, Mei-chan, nie żartowałem. Może i wszystko przechlałem, ale jednak mam jakieś tam pieniądze w kurtce-obwieściwszy to, Ezio kontynuował rozglądanie się za potencjalnymi rodzicami dzieciaka bądź sąsiadami. Jakoś nie wyobrażał sobie faktu, żeby zostali w pracy w chwili, kiedy ich potomek mógł zginąć pod zwałami śnieżnobiałego puchu.
Powrót do góry Go down
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 25, 2016 8:15 pm

Zachichotał na słowa o winie i tylko pokiwał na nie głową, ruszając za alchemikiem. Zabawne i interesujące było, że chwila skupienia energii i pomyślunku wystarczało do złożenia w jedną całość tego, co dopiero zostało zniszczone przez wielką siłę natury. Wszedł ostrożnie za Luzie, rozglądając się oczywiście, jednak nie było tu ani śladu żywej duszy.
- Właśnie łamiesz jedną z zasad horrorów, skarbie - skomentował teatralnym szeptem Gilbert, natomiast słysząc odgłos dochodzący z lewej, a potem widząc przewróconą miskę, przytulił się do Luzie i to bynajmniej nie dlatego, że się przestraszył! Bo na pewno nie... SERIO! Ale możliwe, że ona się przestraszyła, a o damy należy dbać.
- ... Miska? Nie wiem. Może duchy. Co powiesz na duchy? Bo JA w nie nie wierzę!
- Odparł Liddell z wymuszoną pewnością siebie i podszedł do domniemanego nawiedzonego obiektu, po czym podniósł go... I został ofiarą bardzo wkurwionego koteczka, który zaraz wspiął sio jego nogawce i zaczął dziko kąsać go po udzie.
- TY PUSZYSTA CHOLERO! - Zawył Gilbert i zaraz odczepił od siebie kota, który jak to już koty mają w zwyczaju, zaczął się wiercić i pieklić w jego dłoniach.
- ŁOLOLOLOLOLOOOO... - Zawtórował podobnym tonem zwierzak, po czym rozejrzał się dzikim spojrzeniem po okolicy i za najlepsze wyjście z sytuacji uznał przebiegnięcie po ramieniu cyrkowca, nie szczędząc sobie przy tym wbijania pazurów w jego rękaw i skórę. Zwierzę wybiegło ostatecznie z domu, a Gilbert wzruszył ramionami z niemądrą i zdziwioną miną.
- Chyba nic tu już nie ma, musieli wyjść i zostawić tego demona samego. Cholera, mój kot nigdy by czegoś takiego nie zrobił. - Westchnął ciężko cyrkowiec, po czym wyszedł z domu. Gdy Luzie do niego dołączyła, obrócił się do niej i przekrzywił głowę.
- Nie powinnaś zdać raportu, słońce? Nie znam procedur wojskowych.
- Spytał, za chwilę zajmując się podziurawionym rękawem kurtki i przeklinaniem kiciucha zagłady.

(w sumie możesz dać już ze swojej strony zt, na przykład z powodu takiego, że Luzie ma pociąg do Briggs niedługo. Spotkamy ich jeszcze w drugim rozdziale. )


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Meilen Dai
SIERŻANT

avatar

Liczba postów : 60
Join date : 01/08/2016
Age : 19
Motto : Everything's gonna be alright!

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 26, 2016 7:19 pm

Meilen zignorowała fakt, że malec pociągnął ją za włosy, a gdy się do niej przytulił, sama go objęła. Było jej szkoda chłopczyka, w jej oczkach również zaczęły się kumulować łzy.
- Możesz nam zaufać! Zobaczysz! Niedługo ponownie zobaczysz mamusię i tatusia. Ale ... Musisz być dzielny! - Nastolatka wypowiadając te słowa, stanęła na równe nogi. Szybko przetarła oczka dłońmi, ocierając przy okazji dwie łezki, które już zdążyła uronić. Starała się być silna dla chłopczyka, który był w tej sytuacji rzeczywiście ofiarą i pomimo tego, że doskonale sobie zdawała z tego sprawę, że nie powinna płakać, nie potrafiła tego nie zrobić. Wdech i wydech. To ten maluszek jest ofiarą... Nie ja! Myśl o nim... My-myśl o nim... Albo najlepiej nie myśl wcale! Niiiiiiiic! Rozmyślając tak o wszystkim i niczym złapała trzylatka za drugą rączkę. Dopiero głos Ezia wyrwał ją z przemyśleń o niczym.
- Dokładnie! Jeśli powiesz panom z wojska, jak się nazywają i czym zajmują się twoi rodzice, szybko cię do nich zaprowadzą. To jest bardzo ważne zadanie i tylko ty możesz panów poinformować! To tak jakbyś był ważnym informatorem! - Meilen starała się, jak tylko mogła urozmaicić chłopczykowi czas i sprawić, aby poczuł się lepiej. Nie zwracała zbytnio uwagi na kapitana, można śmiało rzec, że całkowicie skupiła się na ich nowym znajomym. Kto normalny zostawia trzylatka samego w domu? Przecież to jest nieodpowiedzialne i powinno być karalne! Chyba że ktoś wyskoczył tylko na chwilkę do sklepu... No ale przecież chyba by już tu wrócił, prawda? Po raz kolejny jej rozważania przerwała wypowiedź blondyna.
- Mhm? Ptyś? Wiesz co? Powiem ci szczerze, że na dzisiaj mam dość North City. Najchętniej wróciłabym do Central City i zasnęła pod trzema kocami. Chociaż w sumie... Pójście spać w jakimś pensjonacie w tym mieście też nie jest złym pomysłem. - Jak zwykle zdecydowana Meilen. Podczas miesięcy spędzonych w Central City zdążyła już przywyknąć do wyższych temperatur niż te obecne tutaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 26, 2016 9:18 pm

Wobec tej sytuacji Ezio di Costa postanowił rzeczywiście zrobić, co do niego należy, to jest odeskortować młodego człowieka do wojskowych, kupić Mei-chan ciastko w zamian za poświęcenie i wygrzać się przy wódeczce, a nawet przy papierosach! Tak! To brzmiało zaiste jak plan. Wiódł owego brzdąca przez zaśnieżone ulice, starając się nie wzbudzić sensacji (chociaż gdyby już był na swoim terenie, to zapewne w oddziale by go lud obgadywał przez pół roku i przysyłaliby mu smoczki i pieluszki na nową drogę życia), rozglądać się za rodzicami i mijać ludzi w grzeczny i wyważony sposób. Niestety, po drodze mijali z Mei-chan dwie cywilne damy, a że damy te obdarzone były nietypową urodą, Ezio musiał na moment się zatrzymać dla kontemplacji ich urody. Szybko jednak się ruszył z miejsca. Głupio wszak byłoby wmarznąć w ten śnieg tylko dla jakichś dwóch kobiet o niebagatelnych atutach!
- I tak ci kupię to ciastko, jako człowiek słowny, ale skoro chcesz wypocząć, to najpierw odeskortujmy tego uroczego chłopca do miłych panów z wojska. - stwierdził. To rzekłszy, wprowadził słowo w czyn. Towarzyszący im chłopiec raczej milczał, chociaż nie wypuszczał swoich drobnych dłoni z rąk dwojga nowych opiekunów i patrzył im w oczy z całą ufnością, na jaką było stać takie maleństwo. Do serca Ezia zawitało nowe uczucie, dotąd raczej mu obce: odpowiedzialność. I...rodzaj potrzeby stabilizacji. Chciał, naprawdę chciał oddać chłopca w dobre ręce i mieć pewność, że nic mu nie będzie, że trafi do mamy i taty, a potem upić się w spokoju i narzekać przed wiecznie miłosierną Meilen na to, że jej cnoty nie miały na niego wpływu.

Z/T Z MEI-CHAN I DZIECIAKIEM DO KWATERY WOJSKOWEJ W NORTH.
Powrót do góry Go down
Luzie von Treskow
WODNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 31/07/2016

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 29, 2016 4:06 pm

Musiała przyznać, że Gilbert ją bawił, kiedy przytulił się do niej. Pewnie gdyby mu to wytknęła zasłoniłby się, że próbuje ją chronić przed ewentualnym zagrożeniem, a do tego to pewnie ona się przestraszyła i sama się przytuliła! Ech ci mężczyźni, nieprawdaż?
- Lubię horrory, ale chyba byłabym słaba, gdybym miała w nich brać udział - przyznała nieco cichszym tonem, wciąż wpatrując się w miskę, która podskakiwała i warczała. - Jednak nie sądzę, żeby to był duch, prędzej... - Nie zdążyła dodać "jakieś zwierzę", bo Gilbert podniósł przedmiot, spod którego wyskoczyła ruda kulka zła i występku, najwyraźniej chcąca go zabić. Luzie nie mogła powstrzymać śmiechu, kiedy mężczyzna przeprowadził z kotem naprawdę fascynujący dialog, a następnie mały puciłapkowiec postanowił uciec przez okno.
- Mam nadzieję, że żyjesz, a twoje rany nie są zbyt poważne? - zapytała go, a w jej tonie dało się słychać rozbawienie. Jednak na jego słowa o kocie jej oczy zabłysły niekłamanym zainteresowaniem. - Masz kota? Czy będę go mogła kiedyś zobaczyć? - No tak, Luzie i koty. Jeśli nie wiesz, jak ją do siebie przekonać pokaż jej małego kociaka, który ledwo stoi na łapkach i powiedz, że właśnie go przygarnąłeś - na 100% będziesz miał jej serce w garści. Rozejrzała się jeszcze po domu, ale Gilbert miał racje - nic tu nie było oprócz brudu i pyłu. Właściciele pewnie kiedyś tu wrócą i będą się zastanawiali, gdzie podział się ich pupil... Koty jednak wracają zawsze do domów, możliwe więc, że wszyscy znów się spotkają.
Wyszła na zewnątrz i odetchnęła świeżym powietrzem. Teraz należałoby złożyć faktycznie raport w siedzibie głównej w North, ale... Luzie zerknęła na zegarek.
- O żesz ty! - krzyknęła w popłochu zaczęła sprawdzać, czy ma przy sobie torebkę i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Do odjazdu pociągu zostało jej pół godziny, a przecież wciąż nie miała biletu. Jeśli teraz nie zdąży będzie musiała zostać w North na noc, a na to nie miała ochoty. Przeszło jej przez głowę, że nie wie, gdzie podziała się Levi, ale uznała, że jeszcze znajdzie sposób, żeby się z nią skontaktować. - Muszę już lecieć, zaraz odjedzie mi pociąg! - Rzuciła w stronę Gilberta, posłała mu też przepraszający uśmiech i rzuciła się pędem w stronę dworca. - Ale zapamiętam, że wisisz mi drinka i ciastko! - Dodała w pełnym biegu.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Paź 03, 2016 8:26 pm

Przybywam z Central City.

Zaczynało się chmurzyć, a temperatura powoli spadała. Zbliżało się ku wieczorowi, więc nie było to nic dziwnego, jednakże Chris wolał nie zostać złapanym przez deszcz. Nie żeby nie lubił deszczu. Przecież burze były jednym z elementów jego alchemii, jednakże nie miał zamiaru dać się zmoczyć i ryzykować przeziębienia. Byłoby to głupie z jego strony i przez to mógłby stracić za dużo czasu. Poza tym miał dużo ważniejsze rzeczy niż leżenie w łóżku i smarkanie. Nie, żeby Chris robiłby to, ale lepiej zapobiegać. I jedna z tych ważnych rzeczy sprawiła, że musiał pojawić się w North. Po powrocie z Napoli dowiedział się, że była tu niedawno lawina. Kilku żołnierzy z Central, którzy akurat przebywali w mieście pomagało, w tym jego podwładni. No i wszystko powinno się skończyć doskonale, gdyby nie to, że pewien kapitan postanowił zrobić sobie wakacje. Bez poinformowania o tym nikogo. Stwierdził pewnie, że zostanie sobie na narty i gorący romans na śniegu. Chris miał nadzieję, że Di Costa dobrze się bawił bo jak wrócą do Central to zobaczy jak wygląda różnica między samowolką, a poprawną prośbą o urlop. No, ale najpierw trzeba go znaleźć. Zapewne siedział w jakimś barze lub domu przyjemności i bawił się w najlepsze. Jednak Christopher ma czas i cierpliwość. Aktualnie szedł pustą ulicą poprawiając swoje białe rękawiczki. Musiał ubrać się cieplej, gdyż jak wcześniej zostało to zauważone klimat był chłodniejszy. Poza normalnym jego ubiorem, na który składał się mundur oficera wojsk Amestris, ciężkich żołnierskich butów, to Hawthorne miał na sobie jeszcze czarny płaszcz i kapelusz. U jego boku wisiał miecz, a druga para rękawic znajdowała się w kieszeni płaszcza. Alchemik sprawdził godzinę na zegarku i cicho westchnął. Trzeba rozpocząć szukanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Paź 04, 2016 9:28 pm

Daleko szukać nie musiał, gdyż kilka uliczek dalej, w jakimś obskurnym i ciasnym zaułku - ślepym skądinąd - znalazł swoją zaginioną zgubę. Zaginiona zguba, zwana też kapitanem Eziem di Costą, śmierdziała jak nieboskie stworzenie papierosami marki Monmort Springs, tanią wódką, i właśnie starała się zamordować człowieka. W jasnych, zwykle dość spokojnych oczach młodego mężczyzny płonęła dzika furia, ręce drżały od spożytych procentów i od gniewu, ale mimo ewidentnej nietrzeźwości udawało mu się przytrzymywać oponenta przy ścianie, blokując mu możliwość ucieczki. Prawą rękę zaciskał na jego karku, w lewej błyszczał ostrzegawczo nóż. Widać było, że jeszcze moment, a po prostu strzeli mu w głowę i odejdzie, nawet nie próbując po sobie sprzątać. Najwyraźniej Chris natrafił na jedną z nader rzadkich chwil pobudzenia emocjonalnego wojskowego z Aerugo, które to chwile wywoływało nie byle co. Twarzy drugiego mężczyzny nie było widać zbyt dobrze, ale silny akcent i obszarpane ubranie o charakterystycznym kroju wskazywały na pochodzenie z Drachmy. Wyglądał na zwykłego człowieka z niższych klas społecznych, typowego pracownika fizycznego, jakich wiele plątało się po North Area...ale na pewno nie na grzecznego obywatela Kowalskiego spod jedynki.
-Jeszcze raz cię tu zastanę, kurwi synu, a przysięgam, że żyletką cię będą ze ściany zeskrobywać - wycedził ochryple di Costa. Przycisnął nóż do szyi tamtego, niespecjalnie troszcząc się, czy wyrządzi mu tym krzywdę, czy nie. Na lśniącym ostrzu pojawiły się krople krwi. -Rozumiesz? A teraz wynoś się stąd i pohamuj ten rozlatany języczek! Jazda!
Puścił rozdygotanego mężczyznę, po czym wytarł nóż o kurtkę. Wziął głęboki wdech w płuca. Oparł się o zimny mur, starając się uspokoić. Jakim cudem go nie zabił? Chyba dlatego, że ni z tego, ni z owego pomyślał o Claudii. O tej drobnej, niewinnej istotce, której w Aerugo pilnował jak oka w głowie, a którą tamten człowiek tak bezwstydnie obrażał w tej zaplutej, brudnej knajpie...Inna sprawa, że nie pamiętał, jak tam się znalazł. Chyba chciał się rozgrzać...ale rozgrzewanie się poszło zdecydowanie nie w tym kierunku, w którym powinno. Zdecydowanie nie w tym.
Bardziej wyczuł, niż zauważył obecność drugiego człowieka. Wyszedł nieco chwiejnie ze ślepego zaułka, rozglądając się niepewnie, uważnie...
I właśnie w tym momencie zauważył oficera z góry.
Ups. Chyba mamy problem.
Powrót do góry Go down
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Paź 05, 2016 9:06 pm

Przeszedłby obok tej uliczki, gdyby nie to, że szukał kapitana wszędzie go można było. Poza tym głośny rumor i krzyki dochodzące z niej należało sprawdzić. O swoje bezpieczeństwo Hawthorne się nie obawiał. Bardziej trzeba było się obawiać o głupca, który spróbuje zaatakować państwowego alchemika. Można powiedzieć, że jest to wydanie na siebie wyroku śmierci, gdyby tylko nie obowiązywał go zakaz zabijania, bez wyraźnej przyczyny. Jednakże uszkodzenie ciała podczas samoobrony i zatrzymania to już zupełnie inna rzecz. Gromowładny alchemik wszedł w uliczkę, żeby sprawdzić co się tam dzieje i można powiedzieć, że był to bardzo dobry ruch. Znalazł swoją zgubę, która niestety aktualnie była zajęta grożeniem lub błaganiem o dorzucenie się do kolejnego taniego wina. Uwadze majora nie uszedł też nóż, którym jasnowłosy mężczyzna groził drugiemu. Christopher ściągnął rękawiczki, by móc zainterweniować, jeśli Di Costa straci resztki rozumu. Wystarczy tylko jeden ruch, a Ezio przez tydzień nie ruszy tą ręką. Metal jest świetnym przewodnikiem. Na całe szczęście dla siebie kapitan postanowił okazać łaskę i wypuścił przerażonego gościa, który z tego co Chris wywnioskował po zapachu, kiedy go mijał zlał się w gacie. Chris poczekał aż to pożal się boże stworzenie ochłonie i zorientuje, kto łaskawie pofatygował się po jego dupsko. W międzyczasie rękawiczki wróciły swoje miejsce, ukrywając kręgi. Kiedy Ezio podszedł do niego bliżej to Chris mógł się bliżej mu przyjrzeć. Kapitan wyglądał jak obdartus, a jego zapach sprawił, że Chris skrzywił się na chwilę. Połączenie papierosów, wódy i diabli wiedzą czego jeszcze. Czy on zapomniał jak wygląda prysznic? Jeśli nie stać go było, to mógł się przynajmniej wytarzać w śniegu. Trzeba będzie go jakoś ogarnąć, gdyż nie wsiądzie tak do pociągu. W życiu. Cała postać Ezia Di Costy uderzała w zmysł pedantyczny Christophera. Rubinowooki przymknął na chwile oczy.
- Miło pana wreszcie zobaczyć kapitanie. Nie skomentuję tego co przed chwilą widziałem, bo musiałbym pana zatrzymać. Proszę mi jednak oddać ten nóż. – rzekł Chris i wyciągnął dłoń po ostrze, którym wcześniej straszono obszczańca. – Zakładam, że wie pan po co tu jestem. Jeśli zaś nie to panu wyjaśnię.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Paź 06, 2016 6:27 pm

-A mnie, psiakrew, jest mniej miło-warknął ochryple Ezio, strzepując troskliwie śnieg ze spodni. O kurtkę już mniejsza, wysuszy się gdzieś na noclegu, ale...Zaraz, na noclegu? Najpierw to on musi jakoś dojść do siebie, tak nawalonego człowieka nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjmie pod swój dach! Do tego powoli włączał mu się kac - wszechpotężny, przyćmiewający rozum, biorący całego Ezia w posiadanie, bezlitosny zbrodniarz mordujący go każdym najmniejszym bodźcem. O Boże. O matko. Po co mu to było?! Rany boskie. Ścisnął głowę, starając się ogarnąć całą sytuację. Spojrzał na mężczyznę znacznie przytomniejszym już wzrokiem z miną pod tytułem "człowiek, co tu robisz?".
Wreszcie do niego dotarło, przed kim stoi. I co, biorąc pod uwagę wszelkie prawdopodobieństwo rzeczy, ten człowiek mógł zobaczyć. Nie, żeby go to zachwyciło. Skądże! W tej chwili po plecach i karku mieszkańca Aerugo przedefilowała procesja pełnych godności, majestatycznych mrówek, a w mózgu ukształtowała się świadomość "będzie opeer, panie".
Postanowił temu zapobiec. W jaki sposób? W sposób godny największego idioty w szeregach armii Amestris. Wprost nie chciał, ale musiał się napić! A że ten oficerzyna go już przyłapał - w ogóle powinien mu jeszcze pogratulować czy coś, wszak złapanie Ezia na gorącym uczynku dodaje rispektu na dzielni - to powinien zaciągnąć go jeszcze na wspólne chlanie! Oczywiście, w głowie di Costy, pokrytej warstwą kaca, gasnącej wściekłości i zimna, nawet nie postała myśl o fundowaniu nieznajomemu żołnierzowi kieliszka wódy. Czy on urodził się na Matkę Teresę z Drachmy, czy jaki giez?
To właśnie ten facet powinien mu postawić alkohol i w ogóle! W końcu tak trzeba!
-Wszystko panu wyjaśnię, messer, tylko najpierw chodźmy się napić!- i kij go obchodzą jego preferencje! Może być abstynentem, biskupem, wróżką zębuszką, nawet ciężarnym słoniem, homunculusem albo inną anomalią, ale napić się z kapitanem będzie musiał! Oddał mu nóż, nawet zadowolony - jeśli tamten mu go skonfiskuje, to w domu ma drugi, poza tym przy sobie wciąż miał Luce. Będzie można sobie jakoś poradzić.
Posłał mężczyźnie najpiękniejszy ze swoich uśmiechów. Wewnątrz swego straszliwie skacowanego umysłu dedukował, po kiego diabła tamtego przywiało do North. Pewnie ten tego...no pewnie poszło o to, że nie wrócił razem z Mei-chan? Ale jak miał wrócić, jak się zgubili i...no ten, po prostu nie potrafił odnaleźć drogi na stację bez jej pomocy!
Tak, czy owak, po krótkiej chwili Ezio wyszukał wzrokiem jakąś straszliwie zapyziałą, brudną spelunę w zaułkach North - a przynajmniej wyglądało mu to na spelunę. Niewiele myśląc, wciągnął tam Christophera, bardzo z siebie dumny, i zamknął za sobą drzwi.

[Z/T]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ulice   

Powrót do góry Go down
 
Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Magnum Opus - Fullmetal alchemist pbf :: North City-
Skocz do:  





OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE Z ZEROCHANA, DEVIANTARTA LUB TUMBLRA. JEŚLI UŻYLIŚMY TWOJEJ PRACY I NIE ŻYCZYSZ SOBIE TEGO, SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI.

@ Moe(Roth) - Twórca stopki.
Kate - Autorka ogłoszenia
Za wszelkie przeróbki odpowiada Casey.