.
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
avatar

Liczba postów : 137
Join date : 01/07/2016

PisanieTemat: Ulice   Nie Lip 17, 2016 10:44 pm

Poza zwykłymi domostwami wiele tu drobnych cukierni czy też restauracji, często usytuowanych na parterze, podczas gdy część mieszkalna kamienicy mieści się na piętrze.
Wszystkie ulice są dokładnie oświetlone, zadbane oraz oznaczone, by tak chętnie przyjmowani goście nie zrazili się do miasta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://magnumopus.forumpl.net
Aleksiej Woronin
LISI ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 171
Join date : 11/08/2016
Motto : I want nothing anymore but simplicity, quiet, murmurs and order.

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Sie 20, 2016 7:22 pm

[Uwaga, niektóre fragmenty wątku mogą być brutalne albo niesmaczne.]

Sprawa wydająca się tak podobną do wielu innych w ostatnich czasach mimo wszystko wstrząsnęła mieszkańcami miasta Napoli. Zaledwie pięć dni temu zostało zgłoszone zaginięcie syna państwa Salvatore. Czternastoletni Lovino po prostu wyszedł pewnego dnia z domu i już nigdy nie wrócił - milicja szybko wszczęła śledztwo w tej sprawie i równie szybko zostało ono zakończone. W sobotę dnia dwudziestego sierpnia, około godziny trzynastej, na komendę zgłosił się bezdomny, który, jak się okazało, odnalazł chłopca. 
Rodzinie prędko została przekazana wieść - w pierwszej chwili, gdy usłyszano o tym, że syn się znalazł, w restauracji prowadzonej przez nich rozbrzmiały uradowane okrzyki, które w następnym momencie przeistoczyły się w przepełnione zaskoczeniem milczenie i w kolejnym w szloch pełen rozpaczy. Rodzice, ojciec (lat czterdzieści trzy) i matka (lat czterdzieści), załamani byli utratą swojego jedynego syna, natomiast usłyszawszy, że na chłopcu odnaleziono ślady dźgnięć nożem, zapłonęli chęcią zemsty i wymierzenia sprawiedliwości okrutnemu mordercy. Podejrzenia od razu padły na Szczurołapa, jednak sposób, w jaki potraktowano chłopca i w jaki zostawiono jego ciało, nie pasował do typowych metod tego osobnika. 
Dziecko, jak się okazuje, znalezione praktycznie pod domem. Przed restauracją, na której piętrze znajdowało się mieszkanie państwa Salvatore, zabezpieczono jedną ze studzienek ściekowych. Właśnie od niej bezdomny, zarośnięty staruszek poczuł okropny smród, który też postanowił sprawdzić. Otworzył studzienkę przy pomocy łomu, który zawsze przy sobie nosił i zszedł na dół; to, co tam zobaczył, to zwłoki chłopca, które osiadły na płyciźnie ścieków. Ciało, którego procesy gnilne już bardzo postępowały, nie skojarzyło się mężczyźnie z ostatnio zaginionym chłopcem, niemniej jednak postanowił zgłosić sprawę stróżom prawa. 
Pierwszym, co zrobiono po potwierdzeniu informacji otrzymanych od starszego pana i przesłuchaniu go, było zabezpieczenie studzienki, wydobycie z niej zwłok i ukazanie ich rodzinie w celu zidentyfikowania zmarłego. Nie da się potwierdzić, czy chłopiec padł ofiarą Szczurołapa, innego mordercy lub czy też jego śmierć była wynikiem przypadku. Określono, że zwłoki prawdopodobnie zrzucono do ścieków, a woda przepchnęła je dalej, aż do okolic tej konkretnej studzienki. Jednym z istotniejszych punktów śledztwa zdaniem okolicznych stróżów prawa jest fakt, że przy chłopcu nie odnaleziono szczurzego ogona, natomiast na posterunku pojawiła się wiadomość od tego z Bimbces, że znaleziono kolejną ofiarę tego mordercy w ostatnim czasie.
- To takie dobre dziecko... Dlaczego akurat on... Dlaczego mój synek...  - łkała pani Salvatore, unosząc wilgotną z każdej strony chusteczkę do zapłakanych, zaczerwienionych oczu. Ojciec natomiast stał tylko obok i z niedowierzaniem kręcił głową; nie mógł uwierzyć, że coś takiego przydarzyło się akurat jemu. O takich rzeczach przecież czyta się w gazetach, one nie dotyczą tak zwykłych ludzi. 
- To pewnie ten zboczeniec z okolicy... - Mamrotał co jakiś czas, mając na myśli Stephena Wellsa, którego kilka lat temu oskarżono niesłusznie o gwałt i morderstwo dwójki dzieci. Chociaż udowodniono, że Wells jest niewinny, plotki nigdy do końca nie opuszczają ludzkiej świadomości. 
Na miejscu odnalezienia zwłok chłopca mieli się zjawić przysłani z Centrali funkcjonariusze - Christopher Hawthorne i Sylvia Whitewood. Przed nimi postawione jest jasne, bardzo ogólne ale i smutne pytanie - kto i dlaczego zrobił coś takiego? Czy milicja słusznie wykluczyła Szczurołapa? Czy może winowajcą jest Wells albo bezdomny? 
- Doskonale, że państwo już są! - Zaczął niewysoki, pucułowaty funkcjonariusz milicji z czarnym, szczeciniastym wąsem pod nosem, przez którego trudno było zidentyfikować, jaką mężczyzna ma minę. Podał dłoń najpierw Christopherowi, później natomiast, łaskocząc delikatną dłoń Sylvii wąsami, złożył na niej pocałunek niby prawdziwy dżentelmen. - Jestem Kingsley i na mnie spadła odpowiedzialność za przeprowadzenie śledztwa w sprawie młodego Salvatore. Kiedy się pojawiliśmy, rodzina nie była zdolna do odpowiadania na nasze pytania, widzą państwo, zwłaszcza matula nieszczęśnika jest załamana, a ojciec, gorąca głowa z Aerugo, rzuca tylko oskarżeniami na prawo i lewo, już tak ci południowcy mają... - Milicjant zrobił pauzę, po której natomiast podjął ponownie wypowiedź, cały czas przyglądając się młodej chimerze. - Ale wie pani, może zdołałaby pani dogadać się z kobieciną, która płacze tam na schodach? Biedna matula, oj biedna, ale wiadomo, przy drugiej kobiecie pewnie będzie jej się łatwiej otworzyć. Musi zrozumieć, że to dla dobra całego śledztwa, sprawiedliwość musi być! - Ostatnie trzy słowa podkreślił zamaszystym gestem, po którym też obrócił się na obcasie wojskowego buta i wrócił do swoich podwładnych. 
***

Mam nadzieję, że wstęp jest dość treściwy i że naraz nie zdradza wam za wiele. Na początek zostawiam was bez wskazówek innych niż te wynikające z treści posta - wierzę, że coś wymyślicie, sprytne z was bestie. Jeżeli jednak nie wyjdzie, będę podrzucać na piechotę. Powodzenia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Sie 24, 2016 8:38 pm

Obserwowanie mimiki Pana Hawthorne było fascynującym zajęciem, zwłaszcza, że przez krótką rozmowę telefoniczną na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Emocje zmroził chłód jego spokoju i opanowania. Kontrast pomiędzy sensem jego słów a tonem w jaki je wypowiedział przypominało fuzje ognia i lodu. Tu zimny ton, tu od wiadomości krew wrze w żyłach... Choć na samym Majorze zdawała się nie wywrzeć żadnego wrażenia. Sylvia podniosła się z krzesła, otrzepała spódnice, sięgając po parasolkę i torebkę. Szczurołap... Czy to psikus od losu, że akurat tego dnia i w tej chwili zadzwonił telefon? Christopher sprawiał wrażenie sumiennego mężczyzny, ale aż za bardzo, a w połączeniu z jego chłodem... Powiedzmy, że to był drugi powód, z którego nie wyszła z jego gabinetu. Stała prosto, mierząc go czarnym spojrzeniem, nie nachalnym, ale pewnym swego. Nawet ślepiec by zauważył co sugerowała, dlatego...
- A więc w drogę, Panie Hawthorne.
Nie dała się mu rozmyślić. Droga trwała mniej-więcej dwie godziny, które spędzili we względnej ciszy, przerywanej tylko rozważaniem o całej tej sprawie. Czy Szczurołap był winien całego zamieszania w Napoli czy ktoś inny ośmielił się...
Dotarli na miejsce zdarzenia. Informacji nie było za wiele, ale Sylvia postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej... Choćby to nie był Szczurołap, to dokonano morderstwa, a samo to należało rozwiązać i to bezzwłocznie. Wstępne dane nie były zbyt pomocne. Zginął chłopak, podejrzanych jest kilka osób, ciało znaleziono w studzience ściekowej. Skąpe informacje do nieprzyjemnej sytuacji... Trzeba najpierw obejrzeć teren i dowiedzieć się czegoś więcej niż to, co usłyszała od Christophera. Rozmowa z rodziną, znajomymi ofiary, postronnymi... Przybyli oczekiwani, ale kobieta nie miała na sobie mundur, niektórzy mogli uznać, że nie zajmuje się tą sprawą... Bądź towarzyszy tylko Majorowi. Mogło to być plusem, z którego zamierzała skorzystać. Ludzie czasem zapominają języka w ustach widząc wojskowych... A jeśli o nich mowa... Przywitał ich niski mężczyzna o okrągłych policzkach, kłaniając się w pas. Sylvia dygnęła gdy ucałował jej dłoń, witając się uprzejmie z Panem Kingsleyem. Wprowadzenie nie było zbyt kolorowe, Sylvia poczuła cień niechęci do metod pracy żołnierzy w Napoli. Odwróciła głowę w kierunku zapłakanej kobiety, matki, która właśnie straciła syna i westchnęła w duchu. Typowe... Groźbą, szantażem czy też naleganiem nie wszystko da się wydobyć. Mężczyźni mają w sobie tyle delikatności co tępe topory...
- Zajmę się nią. - powiedziała krótko, lecz gdy Kingsley odszedł, delikatnie złapała pod ramię towarzyszącego jej Christophera i przyciszonym głosem dodała. - I jeszcze jedno. Chciałabym być przy oględzinach ciała.
"Chcieć można", ale miała wrażenie, że mężczyzna jej tego nie odmówi. Miała też swoje priorytety. Bezzwłocznie podeszła do siedzącej na schodach kobiety... Wyglądała okropnie. Włosy w nieładzie, przekrwione oczy. Głos zachrypnięty od szlochu, a w rysach twarzy i oczach ból... Śmierć dziecka odcisnęła swoje piętno na wyglądzie matki.
Sylvia poczuła jak ściska ją serce. Bez słowa usiadła obok, obejmując Panią Salvatore ramieniem, głaszcząc wolną dłonią po włosach. Dorośli też bywają nieporadni jak dzieci, zwłaszcza, gdy są w bólu. Czasem też żadne słowa pocieszenia nie wystarczają... Trwała tak chwilę, by poczuła się choć trochę lepiej... Jej mąż zajęty oskarżeniami nie widział, że ta najdroższa osoba, która przy nim została, też jest w ogromnym bólu i potrzebuje wsparcia a nie jego krzyków. Mężczyźni... Sylvia delikatnie wyjęła z dłoni kobiety przemoczoną chusteczkę i podała jej swoją, z haftowanymi rogami. Nieustanne łzy zmęczyły ją bardziej niż targające ją emocje, odwodnienie i nerwy dodatkowo osłabiało. Może i są świadkami, ale to przede wszystkim też ludzie... Sylvia mogła mieć stalową wolę i ostre żądło jeśli chodziło o zbrodniarzy, ale przecież nie postąpi tak samo przy rozklejonej matce. Nigdy. Wbrew pozorom jeszcze serce ma. Kobieta spojrzała na Panią Salvatore z troskę i uścisnęła mocno jej drżące dłonie. Po pierwsze, musi się nieco uspokoić, złapać oddech i zwilżyć przesuszone szlochem gardło...
- Może przyniosę Pani szklankę wody..? - zapytała ciepło.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Sie 25, 2016 10:26 pm

Decyzja była bardzo prosta. Zgoda, albo grzeczne podziękowanie i opuszczenie gabinetu. Jednakże jak się spodziewał nie bała się przyjąć oferty. Prawdę mówiąc zawiodła by go, gdyby nie podjęła propozycji. Jednakże pani Whitewood nie bała się ruszyć i pobrudzić rąk. Co nią kierowało? Chęć pomocy, własne cele, czy też ofiara? Jeszcze nie wiedział, ale wkrótce się dowie. Zawsze znajdował odpowiedź. Taka była jego praca.
Do Napoli pojechali jego samochodem. Tak jak przypuszczał jazda nie trwała dłużej niż dwie godziny. W trakcie podróży rozmawiał z panią Whitewood na temat zabójstwa i czy może być to Szczurołap. Z tego co słyszał ofiarę zadźgano, ale niczego nie można wykluczać. Miał tylko nadzieję, że ci kretyni nie zadepczą śladów i nie zmasakrują ciała. Wtedy konsekwencje nie byłyby dla nich dobre. Nie po to się wzywa Państwowego Alchemika, żeby rozpieprzyć całe dochodzenie na dzień dobry. Z tą myślą Christopher zaparkował przy restauracji państwa Salvatore, gdzie jak się okazało było też miejscem znalezienia zwłok. Kiepsko, ale tak bywa w życiu. Christopher wysiadł z auta i rozglądał się po okolicy. Kilkunastu osobników w niebieskich mundurach kręciło się tu i tam, jednakże większość stała przy studzience kanalizacyjnej i wejściu do budynku. Hawthorne już z daleka mógł usłyszeć szloch i pociąganie nosem. No tak. Matka się załamała. Miał nadzieję, że ogarną ją do czasu przesłuchania. Nie znosił się szarpać z niestabilnymi osobami, a taką była kobieta, której powiedziano, że jej dziecko zostało zadźgane. Jasnowłosy i ciemnowłosa podeszli do zgromadzenia i po przedstawieniu się, zostali powitani przez mężczyznę, który jak się szybko okazało dowodził tym cyrkiem.
- Witam. – powiedział chłodno Gromowładny Alchemik ściskając dłoń Kingsleya, a następnie słuchając to co miał do powiedzenia. Gówno mieli i nic z tym nie robili.
- Widzę. Jednak chciałbym, żeby pańscy ludzie przestali się kręcić wokół, jakby nie mieli nic do roboty. Ślady butów o ile ich nie zabezpieczyliście zostały już zatarte, ale mam nadzieję, że macie resztę. Ciało ruszaliście czy zostało na dole? Czy wieść o zwłokach już się rozeszła? I gdzie jest osoba, która znalazła ciało? – zapytał Chris. Podstawowe rzeczy, zanim nie rozezna się w sytuacji lepiej. Jeśli ten mężczyzna wie tyle co on, to równie dobrze mogą się spakować i wrócić na posterunek. Christopher nie znosił jak ktoś przeszkadzał mu w pracy, pozorując własną. Sylvia zgodziła się pomówić z panią Salvatore, co było dobre. Nie będzie się musiał irytować i słuchać szlochu. Rozumiał, że straciła dziecko, ale jeśli chciała, żeby dorwali mordercę to należy przynajmniej na taki krótki moment jakim jest przesłuchanie skupić się. Na prośbę odnośnie obecności kobiety przy oględzinach ciała kiwnął tylko głową. Słuchał równocześnie odpowiedzi porucznika na jego wcześniejsze pytania. Później wszystko uporządkuje. Teraz trzeba było przystąpić do przesłuchania ojca, który jak już się dowiedział od byłego prowadzącego śledztwo, pochodził z Aerugo. Będzie ciężka przeprawa. I tak, byłego gdyż Chris uważał, że skoro kazali mu tu przyjechać, to automatycznie przejmuje śledztwo. Tak to działało w Central i tak powinno tutaj. Poza tym nie ufał miejscowej milicji. Mieszkali tutaj wszyscy razem i znali się od dawna, wiec naturalnym było to, że podświadomie mogli działać na szkodę śledztwa. Nawet jeśli nie chcieliby to, mordercą może okazać się jeden z sąsiadów. Wtedy zaś sytuacja się komplikuje. Christopher nie miał tego oporu. Znajdzie mordercę i zakończy sprawę. Nie ważne czy będzie to syn prawnika, czy jakaś babcia sprzedająca warzywa.
Czerwonooki podszedł do ojca ofiary, który w dalszym ciągu rzucał oskarżeniami i krzyczał na milicjantów, że powinni zająć się jakimś zboczeńcem. Alchemik westchnął w duszy.
- Witam panie Salvatore. Jestem Christopher Hawthorne i przyjechałem, żeby zająć się sprawą pana syna. – powiedział mężczyzna wyciągając rękę na przywitanie. Jego pagony były doskonale widoczne i jeśli ten człowiek przynajmniej umie je czytać to będzie wiedział z kim ma do czynienia. Jeśli nie, to się mu to wyjaśni. Zależy tylko jak zapyta.
- Przykro mi z powodu pańskiej sprawy, ale chciałbym żeby pan się skupił i przypomniał sobie wszystko co może nam pomóc. Im więcej będziemy wiedzieć, tym szybciej złapiemy mordercę. Także, czy pański syn obawiał się kogoś? Mieliście jakichś wrogów? Ktoś groził wam, a może widział pan kogoś podejrzanego kręcącego się w pobliżu domu? Wie pan może z jakiego powodu pański syn wyszedł tamtego dnia z domu i gdzie się udał? – zapytał major, równocześnie wyciągając notes. Ważne informacje i te szczególne zapisze sobie. Na początek te pytania wystarczą. Kolejne będą zależeć od odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Sie 26, 2016 5:11 pm

- Co? Co... Ach tak, tak, to zrozumiałe... - pokiwał zgodnie głową Kingsley na słowa o zacieraniu śladów. - Tylko... Nie natknęliśmy się na ślady. Przypuszczamy, że ciało po prostu zostało przepchnięte przez wodę w tych ściekach. Wydobyliśmy je, miejsce, w którym je znaleziono zostało uprzednio sprawdzone. Nie było tam żadnych śladów typowych dla Szczurołapa. Mógł oczywiście zmienić metody, ale chyba póki co więcej sensu ma ustalenie, jak do tego doszło. O zwłokach wiemy tylko my, państwo oraz, czego nie dało się uniknąć, sąsiedzi. Znalazł ciało przeszukujący okolicę tutejszy bezdomny, przy nim siedzą dwaj nasi ludzie i przesłuchują go, ale on tylko mówi o tym, że jest niewinny. Również wydaje się być w szoku, kto by nie był, w końcu to tylko dziecko było... Co to się wyprawia z tym światem... - Mężczyzna wyciągnął z kieszeni chusteczkę i otarł nią czoło z potu. Pod nosem mruknął coś jeszcze o nieludzkich metodach, po czym odprowadził spojrzeniem przybyszów z Central, samemu wracając do swoich obowiązków i dokumentowania sprawy. 
Pan Salvatore natomiast, gdy podszedł do niego Christopher, posłał mężczyźnie poirytowane i zmęczone spojrzenie. Uścisnął dłoń blondyna i chwilę milczał zanim podjął się odpowiedzi. 
- Jasne. Przykro czy nie, taka wasza robota. - Odparł gorzko w pierwszej chwili i odpalił drżącymi dłońmi papierosa. - Nie bał się nikogo. To był cholernie ufny dzieciak. Zadawał się z tym zboczeńcem Wellsem i bronił go kiedy tylko ktoś źle o nim mówił. W każdym widział coś dobrego. Nie mamy wrogów. Jedynie nasza restauracja ma rywali w tej naprzeciwko. Stary Vargas zawsze miał coś do nas, przeganiał Lovino gdy ten bawił się po prostu na ulicy przed jego - tu splunął, po czym zaciągnął się znowu papierosem. - ohydną knajpą. Gadał, że to mój dzieciak odganiał mu klientelę swoimi zabawami. Sprzedają tam byle syf z beznadziejnych składników i dziwią się, że ludzie nie chcą do nich chodzić. Jestem prostym człowiekiem, panie Hawthorne, mogę się nie znać na tych waszych metodach i innych rzeczach, ale uważam, że to nie był on. Podejrzewałbym Wellsa. Gdyby nie łaził przy dzieciakach od lat, to nie byłby posądzony o robienie im paskudnych rzeczy. Może w końcu mu odwaliło. Abo po prostu postanowił zrobić sobie powtórkę, skoro ostatnim razem mu się upiekło. - Kolejna pauza, kolejne częstowanie się papierosem, a głos wydawał się równie jadowity i trujący co substancje zawarte w rakotwórczej fajce. - Dzieciak. To był zwykły chłopiec, który biegał po ulicach i bawił się z innymi dziećmi, na przykład z Feliciano, który mieszka w okolicy. Zbierali różne rzeczy, biegali po krzakach, wie pan. Jak to dzieciaki. Coś jeszcze? - Skończył głosem zmęczonym jeszcze bardziej niż wcześniej. 
Żona właściciela lokalu natomiast nie zwróciła uwagi na Sylvię, gdy ta do niej podeszła. Niby pozbawiona własnej woli lalka potulnie pozwalała robić ze sobą wszystko. Kobietą wstrząsnął kolejny silny dreszcz i zalały łzy, jednak wysiliła się na spojrzenie na tyle przepełnione ulgą, na ile było ją w ogóle w tej chwili stać. Niesamowicie w tej chwili doceniła zaangażowanie obcej kobiety, jakoś przepuszczając wolno i bez większej uwagi myśl, że ta mogła robić to tylko dlatego, iż taka była jej praca. Przytuliła do serca mały podarek, który wręczyła jej nieznajoma, gdy ta już puściła dłonie kobiety. 
- Dziękuję, słoneczko - powiedziała tonem osoby, której już chyba na niczym nie zależało; niemniej jednak było w nim słychać wyraźną nutę wdzięczności. Skinęła głową na propozycję dotyczącą wody. 
Powrót do góry Go down
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Sie 28, 2016 6:38 pm

- Zaraz wrócę. - uścisnęła dłoń kobiety i podniosła się, rozglądając. Brukowana uliczka, zabezpieczona studzienka, masa żołnierzy i rodzice ze zszarganymi nerwami. Sylvia wspięła się po schodach by wejść budynku, w którym znajdowała się restauracja rodziny Salvatore - drzwi były otwarte, choć z przyczyn oczywistych lokal został zamknięty. Weszła do środka, mijając rzędy stolików i kilku siedzących tu osób, pogrążonych w grobowym nastroju. Śmierć chłopca odcisnęła swoje znaki i na tym miejscu. Wystrój ładny, urządzone ze smakiem wnętrze było jakoś ponure, jakby tragedia rzuciła cień nie tylko na ludzi. Sylvia bez słowa weszła za bar, wyszukała wysoką szklankę i zaczęła rozglądać się za butelką z wodą, gdy któryś z pracowników ośmielił się zwrócić jej uwagę... Że nie powinna tu być, bo to miejsce tylko dla personelu. Ah, nie każdy widać ma ustalone priorytety. Posłała mu tak znaczące spojrzenie, że odszedł, z oczami utkwionymi w swoich butach, a ona spokojnie kontynuowała poszukiwania. Po kilku minutach wróciła na schody do Pani Salvatore ze szklanką chłodnej wody. Wsunęła ją w jej dłonie i usiadła obok, patrząc w stronę Chrisa. Major podczas rozmowy wydawał się jak zawsze, nieludzko zdystansowany i spokojny. Jak ta współpraca się rozwinie...
Spojrzała na Panią Salvatore. Dalej we łzach, dalej drżąca i osamotniona, podczas gdy jej mąż pluł i wypuszczał trujący dym z ust. Sylvia westchnęła w duchu, przytulając kobietę. Każde słowo pocieszenia wydawało się jej marne i nie na miejscu. Żadne "Będzie dobrze" tu nic nie pomoże, żadne "Sprawiedliwość dopadnie zbrodniarza". Ona nie chciała sprawiedliwości ani tego, by zabójca zawisł na szafocie, chciała swojego synka z powrotem, a tego ani Sylvia, ani wojsko, ani nikt nie był w stanie spełnić... Pogłaskała kobietę po włosach, szukając jakichś słów, ale nic nie mogła wymyślić. Ona potrzebowała wsparcia i... Zamknęła na moment czarne oczy, czując jak matka chłopca drży w jej ramionach i poczuła jak w jej środku pojawia się złe, tętniące gorąco. Trzeba było coś zrobić...
- Nie mogę obiecać wiele, ale dołożę wszelkich starań, by rozwiązać tę sprawę. - powiedziała cicho, uwalniając Panią Salvatore z uścisku. - A teraz przepraszam Panią na moment...
Zeszła wdzięcznie po schodach, mijając kilku gapiów i wyprostowana ruszyła w stronę rozmawiających. Stanęła z boku, nie przysłuchując się im, ale czekając w spokoju aż Chris skończy przesłuchanie. Jej sprawa była... Ważniejsza, ale dla dobra całego śledztwa nie mogła od tak wparować między tą dwójkę. Salvatore był zirytowany, wzrok miał zmęczony i w jakiś sposób martwy, jakby jego część oddała życie tak samo jak oddał ducha niewinny chłopak. Trzeba było rozmawiać z nim ostrożnie, choć Sylvia miała ochotę powiedzieć mu coś do słuchu, a jakby nie weszło łatwo, dopomogłaby parasolką... Odczekała swoje, wymieniwszy spojrzenie z czerwonookim. Gdy mogła się zbliżyć, stanęła przed palącym mężczyzną i skłoniła się przed nim, nim zaczęła mówić.
- Witam, Panie Salvatore. Wiem, że słyszał Pan dziś wiele słów współczucia, ale nie przychodzę z tym, nie zamierzam również Pana przesłuchiwać. Za to mam do Pana prośbę. - powiedziała cicho, schyliwszy głowę, tak, by tylko on mógł ją słyszeć. - Za przeproszeniem. - Wyjęła mu z dłoni papierosa i upuściła na ziemie, gasząc go czubkiem parasolki. - Tak lepiej. Teraz proszę, by Pan poszedł do swojej żony. Oboje was spotkała tragedia, lecz z tego co mówił Pan Kinglesy, od samego początku ona zalewa się łzami, a Pan stoi obok. Nie przeczę, że ma Pan prawo być zły i rozgoryczony, pragnę tylko zauważyć, że Pana żona żyje i Pana potrzebuje. Zostaliście we dwoje i w tej właśnie chwili, ona płacze, załamana i bezsilna, a ja, obca kobieta musiałam jej służyć ramieniem, ponieważ męża nie ma przy jej boku. Powiedział Pan już wszystko co wie, za to dziękuję. Lecz teraz proszę, jeśli kocha Pan żonę, niech Pan do niej idzie.
Odwróciła wzrok, by spojrzeć na Panią Salvatore, kryjącą podpuchnięte powieki i łzy za dłońmi i wróciła spojrzeniem na jej męża. Jej wzrok mówił bardzo wiele, lecz w tym momencie jednoznacznie dawał znać co ma zrobić. Cofnęła się o krok, by zrobić mu miejsce i dać czas do namysłu. Niektórzy wolno łączą fakty...
Po czym odwróciła się w stronę Majora Hawthorne.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Sie 29, 2016 10:27 pm

Porucznik był nadzwyczaj pomocny. Zapewne nie rozumiał większości tego co Christopher od niego wymagał, ale nie ma co się dziwić. Przecież w takiej mieścinie nie zdarzają się często morderstwa. Zapewne przed erą Szczurołapa najgroźniejszym wykroczeniem tutaj była kradzież lub pobicie. Teraz zaś mieli zamordowanego dzieciaka i strach, że słynny seryjny morderca pojawił się w ich mieście. Jeśli rzeczywiście był to Szczurołap, a Hawthorne nie wykluczał niczego, to była to bardzo zła wieść. Atak w Central. Równie dobrze, mógłby spróbować zaatakować kogoś z Central City. No, ale o tym kto zabił i jak będziemy rozmawiać jak Gromowładny i jego urocza towarzyszka zdobędą więcej wiadomości. Kingsley postanowił się oddalić i nie przeszkadzać w pracy osobie, która się na tym znała. Dobry ruch. Najwidoczniej wiedział, że ta sprawa przerosła go, zanim się w ogóle jej podjął. Teraz jednak blondyn mógł zająć się swoja pracą. Pan Salvatore był bardzo mocno poruszony i trzeba było się tego spodziewać, ale nie trzeba się patrzeć na majora, jak na wilka. On ma swoją pracę, a ojciec ofiary pomoże podając jak najwięcej szczegółów. Mężczyzna zmrużył swoje rubinowe oczy, kiedy dym z papierosa mężczyzny trafił do jego nozdrzy. Nie lubił palaczy. Uważał ich za słabych, którzy nie mogą sobie poradzić z życiem, bez zatruwania swojego organizmu. Tak samo było z alkoholikami. Wiadomo wszystko dla ludzi, ale niektóre rzeczy były niepotrzebne. No, ale jeśli potrzebuje tego to niech sobie ulży. Lepsze to niż rzucanie przekleństwami na lewo i prawo, lub niszczenie rzeczy. Gdyby jeszcze nie dmuchał w jego stronę. Hawthorne zapisywał sobie nazwiska osób, które zapewne niedługo będzie przesłuchiwał. Ojciec ofiary podał ich, więc do jego obowiązków należy to sprawdzić.
- Dlaczego uważa pan, że to pan Wells mógł zabić pańskiego syna. Czy syn mówił, że się go obawia, a może zauważył pan coś niepokojącego. Poza tym co miał pan na myśli mówić o powtórce? Doszło do jakichś aktów? Czy Wells był agresywny w stosunku do dzieci? Czy pana syn widział się z Feliciano tamtego dnia? Prosiłbym też, żeby napisał mi pan jego adres. – zapytał państwowy alchemik, chcąc uzyskać nieco szczegółowe odpowiedzi. Aktualnie mamy cztery osoby podejrzane i jedną osobę, która może wiedzieć coś więcej. Hawthorne nie znosił rozmawiać z dziećmi. Ciężko im było się skupić, a na dodatek spinały się przy rodzicach. No, ale przy odpowiedniej perswazji potrafiły się otworzyć. Chris wysłuchał dokładnie tego co ojciec ofiary miał jeszcze do powiedzenia. Sprawa mogłaby się wydawać prosta, ale na pewno taka nie będzie. Kątem oka dostrzegł Sylvię stojącą obok nich. Najwidoczniej chciała podejść. Kiwnął jej głową na znak, że może, a sam zamknął notes. W razie czego wróci tu i dopyta pana Salvatore. Hawthorne uniósł brew, kiedy kruczowłosa kobieta wyjęła jego rozmówcy papierosa i bezceremonialnie go zgasiła. Proszę, proszę. Najwidoczniej mieli coś wspólnego. Blondyn spokojnie poczekał, aż pani Whitewood powie to co miała do powiedzenia. Nie trwało to zbyt długo, ale po wymownych spojrzeniach w stronę Pani Salvatore oficer mógł się domyślać o co mniej więcej chodziło jego towarzyszce.
- Dobrze panie Salvatore. Jest pan wolny. W razie czego wrócimy, żeby dopytać o pewne kwestie lub wyjaśnić te, które mogą się pojawić w trakcie śledztwa. Prosiłbym więc o nie opuszczanie miejsca zamieszkania. Dziękuję za rozmowę. – powiedział Christopher tym swoim nienaturalnie spokojnym tonem. Podczas całej rozmowy nawet jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Dał znać brunetce i podszedł do Kingsleya.
- Poruczniku. Chciałby wraz z panią Whitewood dokonać oględzin ciała. Po nich zaś chciałbym porozmawiać z tym mężczyzną, który znalazł ciało chłopca. Teraz jednak proszę nas zaprowadzić do miejsca przechowywania zwłok.  – zapytał Gromowładny Alchemik. Powoli zaczynał sobie układać plan działania, jednakże oględziny zwłok mogą im wiele powiedzieć i dać większy ogląd na całą sprawę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aleksiej Woronin
LISI ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 171
Join date : 11/08/2016
Motto : I want nothing anymore but simplicity, quiet, murmurs and order.

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Sie 30, 2016 11:04 pm

Kobieta przyjęła od Sylvii wodę i z wdzięcznością skinęła głową, ponownie wymuszając uśmiech. Widać po niej było, że dalej pogrążona jest w rozpaczy i że jest bardzo zszokowana całym zajściem. Popijała wolno wodę, o ile można to było tak w ogóle nazwać niechętne sączenie jej przerywane dość długimi przerwami; nie miała ochoty na nic, nie chciała pić, nie chciała jeść, nie chciała już myśleć. W tej chwili najlepszą opcją dla niej byłby sen, chociaż widać było, że nie da rady zasnąć w tym stanie, dopóki nie odpłynie w objęcia Morfeusza z wyczerpania płaczem. Posłała obejmującej ją jeszcze przed chwilą młodej kobiecie spojrzenie przepełnione nadzieją i skinęła tylko głową, by potem odprowadzić ją wzrokiem. 
Jej mąż natomiast dostrzegł Sylvię, aczkolwiek póki co widocznie wolał się skupić na rozmowie z Chrisem, który zasypał go stosem pytań. Nie ma co się dziwić, w końcu każde z nich wynikało z tego, co sam ojciec mówił, także poczekał, aż blondyn da mu mówić i od razu zabrał głos:
- Nie obawiał się go, był zbyt ufny. - Chciał tu dorzucić "przecież mówię wyraźnie", ale postanowił zachowywać się grzeczniej w stosunku do człowieka, który miał rozwiązywać sprawę śmierci jego syna. Chyba należało się uspokoić na tyle, na ile to było w ogóle aktualnie możliwe. Salvatore odczekał dłuższą chwilę zanim ponownie podjął wypowiedź. - To... nie to, że robił coś niepokojącego. Wells został parę lat temu osądzony o molestowanie dzieci w okolicy. Zawsze kręcił się przy placach zabaw, zagadywał do dzieciaków... W końcu co można wywnioskować po człowieku, który nie ma rodziny i powodów, by gadać do dzieciaków? Pierwszy odruch to niepokój, każdy chce chronić to, co dla niego najważniejsze. Na myśli mam to, że różne słowa chodziły na temat tego człowieka i nawet nie wiadomo do końca, czy na pewno był niewinny. Ale upiekło mu się tak czy inaczej, bo dalej jest wolny. Tak, widział się z nim, mieli iść do Wellsa. Mieszka w domu tuż obok, pierwszy po lewej. - I jakież wielkie było zdziwienie mężczyzny, gdy nieznajoma kobieta zwróciła się do niego tak bezpośrednio i ukradła mu bezczelnie papierosa! Nie zareagował jednak złością ani krzykiem, po prostu nie mając już siły na szastanie emocjami na wszystkie strony. Wydawał się natomiast dotknięty słowami Sylvii i to na tyle, że od razu ruszył do żony, po drodze wyrzucając paczkę papierosów do kosza na śmieci. 
Kingsley obserwował całość z boku i pytająco spojrzał na przysłanych z kwatery głównej ludzi, gdy ci się do niego zbliżyli. Oczywiście przystał na prośbę-plan-rozkaz i zaprowadził ich do wozu, którym miały zostać przewiezione zwłoki chłopca. Jedynymi obrażeniami na ciele były rany zadane nożem oraz stłuczenia związane najprawdopodobniej z upadkiem; na ramionach jednak, pod rękawami koszulki widoczne były też zadrapania. Nie wyglądało tak, jakby leżało w wodzie długo a rozkład postępował za daleko na pięć dni spędzonych w chłodnej wodzie, bez większego przepływu powietrza. 

Świetnie idzie, zadajecie dobre pytania i myślicie dobrze. Oby tak dalej.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 03, 2016 1:34 pm

Ciemne oczy podążyły za Panem Salvatore, który ruszył w stronę żony, wyraźnie (nie pozytywnie) poruszony jej słowami. Lecz tym razem dla Sylvi liczył się efekt, czyli to, że w końcu zainteresował się małżonką i służył jej ramieniem. Będą potrzebowali siebie nawzajem w tych trudnych chwilach... W nocy, gdy zabraknie snu a żal znów będzie łapał za gardło, potrzeba kogoś obok. Tych drobnych oznak czułości i przywiązania, które tak często pomagają zachować trzeźwość umysłu gdy przychodzi najgorsze. Kobieta odwróciła wzrok, a jej pierś uniosło ciche westchnienie. Nie czas na bawienie się w sentymentalność ani rozmyślania o tym, jak ułoży się cudze życie osobiste. Była w pracy i czekały ją jeszcze długie godziny... Przysłużyła się tak, a nie inaczej, ale głównym jej celem była pomoc w rozwiązaniu sprawy. Dlatego bezzwłocznie skinęła głową Majorowi i zrównała się z nim krokiem, gdy ruszył w stronę Kingsleya. Gdyby odmówiono jej brania udziału w oględzinach ciała, musiałaby użyć kilku argumentów, ale szczęśliwie dla Chrisa, z góry zaznaczył, że we dwójkę obejrzą zwłoki.
Zapach był okropny. Sylvia wchodząc do wozu zmarszczyła lekko brwi i nos, ale słodkawy odór rozkładu szybko spadł na ostatnie miejsce obecnych problemów. Stanęła z boku, odkładając parasolkę i torebkę pod ścianę, delikatnie podciągając rękawy koszuli, łagodnym ruchem odsunęła loki znad czoła. Przeszukała wnętrze wozu, aż znalazła rękawiczki z cienkiego plastiku i kilka ostrych narzędzi. Nałożyła okrycie na dłonie i ostrożnie tworzyła czarną torbę, w której trzymano ciało. Uczestniczyła w wielu sekcjach, mało rzeczy potrafiło ją poruszyć. Wypalone kwasem wnętrzności, zastygła w żyłach, galaretowata krew czy ścięte białka gałek ocznych. Dreszcz wzbudzał tylko dźwięk suwaka plastikowego pokrowca na zwłoki... Chłopak był młody. Musiał mieć miłą, serdeczną twarz, podobną do matki, lecz skóra była szara i rozpulchniona od wody, nie było widać dokładnych rys. Lovino, tak..? Sylvia nie mrugnęła nawet okiem, gdy zaczęła badać ciało. Ubranie przegniło i było w strzępach. Rany nadal widoczne.
- Uderzono go w brzuch nożem, kilka razy. Tętnica wątrobowa przerwana, na miejscu morderstwa musiało być naprawdę dużo krwi. Wykrwawił się szybko. Być może trafiono w podstawę kręgosłupa, trudno mi powiedzieć... Ciało przegniło w tym miejscu. Rany były zadane pod ostrym kątem, ktoś mógł próbować uderzyć wyżej, w pierś. - wzięła małe nożyczki, częściowo rozcinając, częściowo rozrywając przegniły materiał ubrania. Lekko zmarszczyła brwi, unosząc ramiona Lovino. - Stłuczenia na łokciach i przedramionach. Upadł na plecy. Na ramionach ma zadrapania jakby otarł się o kamienie lub coś ostrego... Z tyłu głowy też stłuczenie, mógł uderzyć się i stracić przytomność. Trudno powiedzieć po tylu dniach od śmierci. - ciało było miękkie i przegniłe, nasiąkło wodą w pewnym stopniu. Przynajmniej stężenie pośmiertne ustąpiło wilgoci. W takim stanie trudno było cokolwiek logicznie potwierdzić, ale można było bez trudu zbadać zwłoki. - Brak śladów na szyi, nikt go nie dusił, nie krępowano mu też nadgarstków. Co więcej...
Sylvia odłożyła sprzęt i wpatrzyła się w ciało, wyraźnie zamyślona. Wszystkie uczucia odepchnęła na moment na bok, czysto analitycznie podchodząc do sprawy. Na nerwy oraz resztę przyjdzie pora...
- Ciało jest w zaawansowanym stopniu rozkładu. Musiało być w miejscu, gdzie czynniki były ku temu odpowiednie - ciemne, suche i w miarę ciepłe pomieszczenie. Powiedzmy, piwnica... Do tego wyjątkowo, nic nie przeszkadzało w procesach gnilnych. Jak upadł i zginął, tak go zostawiono, odleżyny są w tym samym miejscu co przetarcia na ciele. Jednakże... Ciało musiało zostać wrzucone do ścieku krótko przed tym nim zostało znalezione. Nie ma w nim śladu żadnych pasożytów, które na otwartej przestrzeni zainteresowałyby się padliną. Jeśli leżałoby w ścieku przez tyle czasu, to muchy lub inne robactwo już dawno złożyłoby gdzieś jaja. Nie wspominając o grzybach lub innych porostach, które potrafią wyrosnąć na zwłokach. Tymczasem, ciało jest... Czyste. Zakładam, że w wodzie leżało góra godzinę. Po dłuższym czasie martwa tkanka rozmiękłaby i zjadana przez robactwo rozpadła się. Jeśli mogę się tak wyrazić, wyławiano by ciało na sicie. - kobieta zdjęła rękawiczki, przyglądając się chłopcu. - To tylko spekulacje, ale ktoś mógł trzymać jego ciało w domu, w piwnicy, nie wiedząc co zrobić. Procesy gnilne nastąpiły szybko, pojawił się odór i trzeba było pozbyć się śladów, a ściek wydawał się najrozsądniejszym wyjściem. Ktoś kto ma mało wiedzy o tych sprawach, mógł prawdopodobnie zatruć się trupim jadem. Chłopak walczył... Może jego morderca jest ranny. W kontakcie z krwią kadaweryna potrafi przeniknąć do układu krążenia i powodować wymioty, biegunkę, wrzody układu pokarmowego. Wystarczy, że otwartą raną choć musnął zwłoki. Mała jest na to szansa, ale jeśli któryś z podejrzanych wykazuje takie objawy, pewnie brał udział w pozbyciu się zwłok z miejsca zbrodni. I nie, nie sądzę by stał za tym bezdomny czy Szczurołap...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Wrz 03, 2016 8:35 pm

Wysłuchał do końca informacji, które pan Salvatore mu przekazał. Można je było uznać za pewne fundamenty, na których można budować kolejne fragmenty śledztwa. Informacje na temat Wellsa oraz znajomego ofiary mogły być bardzo pomoce. Niektórzy byli już pewni kto stoi za zbrodnią, lecz Christopher wolał mieć stu procentową pewność. Trzeba było przesłuchać ich wszystkich, lecz na razie jego głównym celem była sekcja zwłok. Podziękował ojcu ofiary i udał się wraz z Sylvią do Kinglseya, który zaprowadził ich do wozu, gdzie znajdowały się zwłoki. Widok nie był zbyt ładny. Procesy gnilne już zaczęły dawać się we znaki, jednakże trzeba było to zrobić jak najlepiej. Chris nie miał problemów z sekcjami. Dla niego była to część śledztwa, która zazwyczaj mogła wiele powiedzieć. Założył lateksowe rękawiczki i dał Sylvi możliwość pokazania tego co potrafi na tym gruncie. I musiał powiedzieć, że całkiem nieźle jej to szło. Miała sporą wiedzę z zakresu medycyny. Kolejna interesująca rzecz godna zapamiętania. Słuchał uważnie jej wywodu, równocześnie samemu obserwując ciało. Szukał jakichś śladów, które mogły mu powiedzieć czy na ofierze zastosowano alchemię. Takich rzeczy nie da się ukryć, nawet jeśli bardzo się tego chce. Oczywiście niektóre alchemie wykryć trudniej, lecz idąc logicznym tokiem rozumowania, łatwo jest dojść do odpowiedniego wyniku. Jeśli alchemik użył nie używał przedmiotu, to łatwo sprawdzić czym rana jest zadana. Jeśli ktoś znalazł sopla, a żyjemy w ciepłym klimacie to wiadomo czego się spodziewać. Chris znał jedną rudowłosą damę, która posługiwała się bardzo ciekawą alchemią. Wszystko zależy od tego jak przygotujesz sobie grunt, a z tego co widział i jego towarzyszka powiedziała, to nie było planowane morderstwo. Major postanowił podejść do zwłok i przyjrzeć im się nieco bliżej. Tak jak już wspomniała pani Whitewood, ciało było mocno posunięte w procesie gnilnym. Odór uderzał w jego nozdrza, jednakże nie było to nic nowego. Sprawdził dokładniej niektóre punkty, lecz nie widział śladów transmutacji czy odbicia. Ślady zadane były bronią białą, a otarcia mogłyby mu powiedzieć więcej, gdyby ciało zostało wcześniej znalezione. Jednakże Sylvia miała rację. Zwłoki nie były napuchnięte, ani zniszczone. Gdyby znajdowały się cały czas w ściekach, to szczury i inne pasożyty zrobiłyby sobie ucztę. Tutaj mamy tylko obraz źle przechowywanych zwłok. Chris wyjął jeszcze swoje ostrze i bez ceregieli wbił je w ciało. Na tyle mocno i głęboko, że przebił się przez nie. Nie było to nawet trudne. Odczekał pięć sekund, a następnie wyjął miecz. Położył go na stoliku, a sam zaczął studiować ranę i porównał ją do tych, które spowodowały śmierć.
- Jak myślałem. – powiedział i zajął się oczyszczaniem ostrza. Nie mogło być na nim żadnej plamki. Po krótkiej chwili miecz wrócił do pochwy. – Rany zadane nożem kuchennym. Widać to po śladach, które są większe od tego zadanego przez mój miecz. Nie są one precyzyjne. Zapewne zadawane popłochu i strachu. Uderzał na ślepo. Ma pani rację. To nie jest robota Szczurołapa. Ktoś dźgał go nie wiedząc co robić. Wypadek przy pracy. To nie pasuje do naszego mordercy. Ciekawi mnie motyw. No, ale chyba nic więcej tu nie znajdziemy. Uzyskaliśmy ciekawe informacje. – powiedział blondyn ściągając rękawiczki i wrzucając je do pojemnika na odpady. Odwrócił się do porucznika, który lekko zzieleniał na twarzy. Nie każdy potrafi wytrzymać sekcje zwłok.
- No dobrze. Chciałbym teraz porozmawiać ze świadkiem, który znalazł ciało. – rzekł spokojnie Hawthorne i ruszył za wąsaczem, który zaprowadził ich do bezdomnego, pilnowanego przez jednego z milicjantów. Czerwonooki podszedł do mężczyzny.
- Witam. Nazywam się Christopher Hawthorne i zostałem tu przysłany, żeby przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci chłopca. Podobno to pan znalazł jego ciało. Czy może pan opowiedzieć dokładnie wszystko krok po kroku? – poprosił major. Szykował się długi dzień, a jeszcze mieli trzy osoby. Trzeba też sprawdzić piwnicę domostwa państwa Salvatore. Jak to mówią. Najciemniej jest właśnie pod latarnią.
- Poruczniku. Niech pańscy ludzie sprawdzą piwnicę. Chcę wiedzieć co dokładnie tam się znajduje. Jak  znajdą coś podejrzanego to mają zameldować. A pana zaś słucham.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aleksiej Woronin
LISI ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 171
Join date : 11/08/2016
Motto : I want nothing anymore but simplicity, quiet, murmurs and order.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 05, 2016 5:56 pm

Na początek troszkę inna forma. Wasze postacie nie wiedzą, które z ich pomysłów są bliskie prawdzie i dalej gdybają, jednak dla ułatwienia podam wam, w jakich kwestiach myślicie dobrze. 
Co jest pewnikiem: Wykrwawienie i sposób zadawania ran - jak najbardziej. Upadek nie jest jedynym źródłem zadrapań i stłuczeń. Stracił przytomność zanim umarł. Na ciele brak śladów innych niż zadrapania, rany od noża i stłuczenie z tyłu głowy. Ciało nie było cały czas w studzience. Bronią był nóż kuchenny. Sprawca nie posługiwał się alchemią. Mordercą nie był Szczurołap. I na podstawie poniższego posta: ciało nie było przechowywane w domu ani lokalu rodziny chłopca. Morderstwo nie zostało popełnione tam. 
Co jest możliwe: Możliwe, że było w jakiejś piwnicy. Sprawca mógł nie wiedzieć, co robi. Sprawcą może być ktoś z najbliższego otoczenia chłopca. 
I, na litość boską, eksperyment Chrisa nie mógł przynieść żadnych efektów. Inaczej reaguje ciało żyjące a inaczej gnijące. Zgodnie z tym, co mówiła Luzie, wysnucie na tej podstawie wniosków o nożu nie jest możliwe. 
W razie czego na cb odpowiem na jedno pytanie każdego z was, które nie będzie pytało bezpośrednio o sprawcę. Przepraszam z góry za krótkiego posta, ale pisząc o czymś, co ma być tajemnicą, staram się ograniczać w opisywaniu uczuć NPC do tego, co widać na pierwszy rzut oka. 

Zaglądający przez ramię alchemikowi i chimerze Kingsley pozieleniał raczej ze złości aniżeli z obrzydzenia sekcją; jako człowiek od lat pracujący w swoim zawodzie wielokrotnie widywał takie rzeczy. Przemilczał niszczenie ciała zamordowanego dziecka i bezpodstawne okrucieństwo, które jedynie doprowadziło zwłoki do jeszcze gorszego stanu i utrudnienia właściwej sekcji, która miała być przeprowadzona w Centrali. Jeśli jednak ogólne oględziny chłopca pomogły w wysnuciu jakichkolwiek konkretnych wniosków i w postawieniu kilku tez, to formalnie nie powinien się w to mieszać. Teraz najważniejsze było odnalezienie sprawcy i zamknięcie sprawy. Oczywiście mężczyzna zaprowadził dwójkę z Centrali do bezdomnego, równie roztrzęsionego co rodzice, po czym oddelegował swoich ludzi do piwnicy a sam wrócił do opisywania sprawy w dokumentacji. 
Starszy człowiek badawczo przyglądał się przybyszom, którzy mieli go przesłuchiwać w sprawie zamordowanego chłopca. Skinął głową do obojga i skulił się zanim zaczął mówić; odczekał kolejną chwilę w bezruchu, wpatrując się pustym wzrokiem gdzieś w przestrzeń za nimi, po czym ufnie popatrzył na Sylvię; to ona z tej pary wydawała się bardziej wyrozumiała i staruszek chyba wolał skupić się na mówieniu do niej. 
- Codziennie chodzę po mieście, szukam złomu, resztek i proszę ludzi o drobne na jedzenie... - Zaczął przyciszonym głosem i pokręcił głową. - Tu zawsze jest czysto, takie miasto... I ostatnio nie lało jakoś na tyle mocno, żeby się szczury potopiły i żeby tak... śmierdziało... - Oblicze starca wykrzywiło się w przepraszającą minę. Chyba nie chciał używać takich słów podczas opisywania człowieka. Wzruszył ramionami. - Otwieram klapę, schodzę... Sprawdziłem... Ludzka rzecz. Trudno przejść obok tego obojętnie. A tak rano tylko ja tędy chadzam... Znalazłem chłopca, kojarzyłem z widzenia, że mieszka w okolicy. Nie sprawdzałem czy jest żywy, nie sprawdzałem, nie... To... To się widzi po prostu... Zostawiłem jak leżał i wezwałem milicję. Biedne dziecko, takie biedactwo. - Pokręcił głową po raz kolejny. Akurat w tym momencie pojawili się na horyzoncie wcześniej wysłani do sprawdzenia piwnicy trzej milicjanci.
- Sprawdziliśmy cały dom. Ani śladu chłopca ani tego, że akurat tam ktoś mógł go zabić. Piwnica czysta. Sąsiedzi widzieliby, że dziecko wraca do domu. Do morderstwa nie mogło tam dojść. - Zameldował jeden z podwładnych Kingsleya. - To zwykła piwnica pełna przetworów i składników koniecznych w kulinariach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 12, 2016 9:19 pm

Nie, to nie mógł być Szczurołap... Krew tkwiła w żyłach, ciemna, ścięta, o konsystencji galarety... A tak powinno przynajmniej być, szacując, że minęło sporo czasu od zgonu. Sylvia nie miała zamiaru otwierać dziecku martwych naczyń krwionośnych - wystarczyło to, że młodzieniec i tak nie wyglądał zbyt wyjściowo. Trumnę na pogrzebie zamkną na głucho, ale rodzicom, którzy identyfikowali zwłoki, utkwi w pamięci widok szarej, nasiąkniętej wodą twarzy. Smutne... Bardzo smutne. Kobieta z cichym trzaskiem plastiku zdjęła z dłoni plastikowe rękawiczki. Zabrała swoją torebkę, parasolkę i poprawiła odruchowo, eleganckim ruchem, czarne loki. Przed wyjściem z pojazdu zerknęła jeszcze na plastikowy worek, w którym znajdowało się ciało i zaklęła cicho w duchu. Tyle razy... Widziała podobne rzeczy, a i tak ją to dziwiło. Do śmierci była przyzwyczajona. Nie raz sama ją zadawała, nie raz jej towarzyszyła, albo szła z nią pod ramię. Widok cierpienia i okrucieństwa, nie bardzo ją szokował, lecz nie znaczy, to, że stała się obojętna. Dawno coś w niej pękło, była świadoma, że ludzie nie są tak piękni jacy się wydają... Dlatego trzeba walczyć. Acz śmierć dziecka..? Widziała. Znała. Jednak to Sylvie bolało, bardziej niż inne przypadki z jakimi miała styczność. Zdarzają się nieszczęśliwe przypadki, ale świadome morderstwa, gwałty, rany... Przyciągały jej czarne spojrzenie i wołały o pomstę do nieba. A ona odwdzięczała się oprawcą z nawiązką, minutami pełnymi bólu, które ciągnęły się jak godziny...
W milczeniu kobieta poszła za Christopherem, chcąc również być obecna przy przesłuchaniu. Poczuła, jak ktoś wbija jej szpilkę w kark, ledwie jej oczy padły na podejrzanego. Przyjrzała się spokojnie mężczyźnie. Bezdomny, stary człowiek o rozumnych oczach, które w chwili rozmyślań o tragedii stawały się puste... Wysławiał się całkiem ładnie jak na kogoś pozbawionego zajęcia i stałego mieszkania, ale czarne paznokcie i brud świadczyły, że żyje już tak długi czas. Sylvie nie poruszyła aparycja starca, tylko jego zachowanie. Na widok jej i Pana Hawthorne zamarł, skulił się jak przestraszone zwierzę. Jej dłoń subtelnie zacisnęła się na rączce parasolki, poczuła cień chłodu w żołądku. Miała niemal pewność, że Kingsley i jego ludzie nie wykazali żadnych ludzkich odruchów, przesłuchując wcześniej bezdomnego. Bał się ich, to było widać i nie chodziło tu nawet o to, że był posądzany o morderstwo. Musieli go postraszyć, potrącić, szturchnąć, a on nie miał jak się obronić. Nic dziwnego, że szukał wzrokiem kogoś, kto nie patrzyłby na niego zimno i z pretensją. Sylvia obdarzyła go uspokajającym spojrzeniem, delikatnie skinąwszy głową, by zachęcić do mówienia. Obserwowała jednocześnie jego postawę i mimikę... Skulony, drobny... Lovino był dojrzewającym nastolatkiem, ale najprawdopodobniej przesłuchiwany nie miałby siły, by go powalić i zadać w jakikolwiek sposób ciosy. Jego słowa pokrywały się z jej tezą po oględzinach zwłok - nie wierzyła, że staruszek był czemukolwiek winny. Może tego, że przejął się, widząc martwego chłopca i chciał pomóc policji, za co został potraktowany jako podejrzany... Sylvia spojrzała na Christophera i pokręciła głową.
- Z mojej strony, nie mam Panu nic do zarzucenia. - odparła spokojnie. Nie miała po co pytać, czy widział kogoś podejrzanego, bo smród zdążył już wypełnić kanały i nie mógł natknąć się na winnego. Pytać, czy gdzieś czuł coś podobnego, również nie było sensu. Sylvia westchnęła cicho, patrząc na mężczyznę. Było popołudnie, a z samego rana zawiadomił służby porządkowe... Wzięli go z góry za winnego i trzymali pod kluczem, by nie uciekł... Stanowczo, milicja w Napoli pozostawia wiele do życzenia, choćby to, jak ma traktować ludzi. Kobieta wyjęła z torebki portfel i wyciągnęła dwa banknoty, po czym podsunęła je staremu człowiekowi, który siedział tu od świtu z pustym żołądku. - Niech po tym wszystkim, zje Pan ciepły posiłek, bardzo proszę. - po czym nie mówiąc już więcej ani słowa, wycofała się cicho. Stanęła kilka metrów dalej, patrząc w ścianę najbliższego budynku, podpierając dłoń brodą i zastanawiając się. Dopóki nie znajdą winnego, głównym podejrzanym jest ten, który znalazł ciało... Jednakże...
- Panie Hawthrone? - zapytała, gdy skończył przesłuchiwać bezdomnego. - Jeśli się nie mylę, mamy jeszcze jakichś podejrzanych, prawda? Nie ma sensu trzymać tutaj tego biednego człowieka, gdy jasne jest, że niczym nie zawinił. Jest ktoś jeszcze, kogo trzeba przesłuchać, albo kogo mieszkanie trzeba sprawdzić?

OOC
Przepraszam was za zwłokę - trochę się ostatnio u mnie dzieje.
No i za jakoś, muszę się wbić w rytm pisania postów...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 14, 2016 10:19 pm

Mógł być uznawany za okrutnego lub wypranego z emocji, ale nie robiło na nim to większego wrażenia. Jego zadaniem było znalezienie mordercy, a nie troska o to co o nim pomyślą. To była jedna z wielu spraw i trzeba było ją zakończyć jak najszybciej. Media zapewne tylko czekały na kolejne potknięcie Armii, a śmierć dziecka, choćby i nieplanowana, ani nie związana ze Szczurołapem na pewno będzie bardzo nośnym tematem. Przecież to tylko pokaże nieudolność władzy. Jego przełożeni byliby bardzo niezadowoleni z takiego obrotu spraw, dlatego Christopher musiał działać szybko i precyzyjnie. Jednakże jego towarzyszka była bardzo pomocna i można powiedzieć, że propozycja dołączenia do tej wyprawy była strzałem w dziesiątkę. Poza tym dowie się o brunetce znacznie więcej. Ludzie w sytuacjach ciężkich ukazują swoje prawdziwe oblicza. Sylvia była wrażliwa i umiała okazać to. Cóż aktualnie to był jej atut. Hawthorne podszedł do bezdomnego mężczyzny i spokojnie zadał pierwsze pytania. Widać było, że mężczyzna boi się mundurowych. Po raz kolejny wychodziła niekompetencja ludzi z Napoli. Jeśli nie potrafili odpowiednio przesłuchiwać to niech się za to nie biorą wcale. Do każdego trzeba podchodzi inaczej. Nie można straszyć każdego celą i wyrokiem, choć czasami jest to skuteczne. Jednakże już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że ten człowiek nie jest tym kogo szukali. Owszem ofiara była dzieckiem, jednakże żeby zadać jej śmiertelne ciosy musiałby ją powalić i wygrać przepychankę. Ten mężczyzna był już stary, zapewne schorowany i nie miałby siły, żeby zabić dzieciaka. Poza tym jeszcze to ukrycie. Skoro znalazł go dziś to ciało nie powinno być w takim stanie. Prosta dedukcja, której tym z Napoli brakowało. Christopher słuchał jego wyjaśnień i co ważniejsze zapisywał w notesie. Zupełnie zignorował to, że mężczyzna mówił do kobiety, a nie do niego. Najwidoczniej tak mu było wygodniej, a blondyn nie czuł się urażony. W końcu bezdomny skończył swoją wypowiedź, a do Chrisa podszedł jeden z podwładnych Kingsleya. W domu nic nie było, ale zawsze warto było sprawdzić. Czasem lepiej wykonać jedno działanie więcej, niż jedno mniej.
- Dziękuję. – powiedział do milicjanta, a następnie spojrzał na bezdomnego. Wzrok alchemika w dalszym ciągu był chłodny, lecz panował w nim spokój. Nie było w nim krztyny oskarżenia. – Panu też. Jest pan wolny. – rzekł Hawthorne i wsunął rękę do kieszeni, z której wyciągnął portfel. Nie żeby uważał się za jakiegoś filantropa czy coś. Po prostu zrobiło mu się żal starszego człowieka, który nawet nie może spokojnie przeżyć końcówki swojego życia. Wyciągnął z niego kilka banknotów dokładniej w tej samej chwili co Sylvia. Najwidoczniej on i pani Whitewood pomyśleli o tym samym. Chris nawet uśmiechnął się lekko, jakby rozbawiła go ta sytuacja.
- Myślę, że wystarczy to panu na wynajęcie pokoju na kilka dni. Może pan wziąć ciepły prysznic i coś zjeść. Do widzenia. – rzekł major, a następnie odszedł od mężczyzny, który w dalszym ciągu trzymał pieniądze. Podszedł do swojej towarzyszki, która odeszła wcześniej i teraz stała przy ścianie, a jej mina jasno mówiła o czym myślała. Bezdomny jest aktualnie jedynym podejrzanym, a po co szukać dalej?
- Słucham. – powiedział Christopher i wysłuchał całej wypowiedzi kobiety. Myślała bardzo dobrze i świetnie odnalazłaby się w wojsku. Byłaby bardzo mocnym wzmocnieniem.
- Dobrze pani myśli. Mamy jeszcze trzy osoby, które trzeba byłoby przesłuchać. Są to sąsiad i równocześnie rywal w interesach rodziny, przyjaciel ofiary oraz mężczyzna, który kilka lat temu był oskarżony o morderstwo dzieci. Więc trzeba to zrobić szybko, bo im dłużej nie mamy winnego tym prędzej może dojść do samosądu. Ja i pani rozumiemy, że człowiek jest niewinny jeśli nie ma dowodów, lecz osoba w takiej miejscowości oskarżona o pedofilię. Ludzie od razu go skażą. Dlatego najlepiej będzie się rozdzielić. Ja pójdę do tego mężczyzny, a pani do przyjaciela ofiary. Chłopiec nazywa się Feliciano i mieszka niedaleko. Potem możemy spotkać się u sąsiada. Choć jak pani skończy wcześniej to może pani przyjść mi pomóc. Proszę tu są adresy. – rzekł Chris i pokazał Sylvi notatki z imionami, nazwiskami i adresami.  Dał jej chwilę na zapoznanie się z tym, a następnie udał się w stronę domu Wellsa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aleksiej Woronin
LISI ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 171
Join date : 11/08/2016
Motto : I want nothing anymore but simplicity, quiet, murmurs and order.

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Wrz 18, 2016 1:59 am

Ale tak serio, to bezdomny nie został potraktowany źle. Myślę, że nikt by nie przyjął z obojętnością tego wszystkiego związanego z morderstwem dziecka. Ale z tej strony jesteście na dobrym tropie, mężczyzna jest niewinny. Jakby co z góry zakładam zadawanie podstawowych pytań o tożsamość i takich, które naprowadzają mniej więcej na podane przez NPC odpowiedzi, żeby nie przeciągać.

MG:
Bezdomny z ulgą ale i niejakim zaskoczeniem popatrzył na Sylvię i Christophera, którzy dali mu pieniądze. Zdawał się wiedzieć, że odmawianie ich nawet ze względu na przyzwoitość jest tu bezcelowe, poza tym nie mógł przecież odmówić dobrej woli ludziom, którzy oczyszczali go z zarzutów, dlatego też jedynie skinął głową i bardzo grzecznie podziękował obojgu za piękny gest. Potem spojrzenie starszego pana przeszło na stróżów prawa z okolicy, którzy zaraz pojawili się znowu na horyzoncie i jak się okazało, dostali rozkaz odwiezienia tego człowieka na komendę; jak powiedziano przysłanym z Centrali "detektywom", staruszek miał zostać tam do końca śledztwa w charakterze świadka ze względu na jego bezpieczeństwo i dostępność.

Dla Sylvii:
Kiedy kobieta skierowała się na podany adres, ten okazał się być restauracją rywalizującą z lokalem rodziny zamordowanego chłopca. Już w progu mogła zobaczyć na oko wyższego i postawniejszego od zmarłego kolegi chłopca o ciemnobrązowych włosach, bursztynowych oczach i wielu emocjach wypisanych na twarzy. Feli zdawał się obserwować całe zajście z drzwi miejsca, które uważał za bezpieczne. Wewnątrz natomiast panował nietypowy dla pory obiadu spokój, wskazujący na to, że mimo wszelkich spięć między właścicielami a rodziną Lovino, śmierć chłopca jednak odcisnęła też nieprzyjemne piętno na tym miejscu.
- Proszę pani, dziś jest zamknięte - powiedział smutnym, przyciszonym głosem Feliciano. Zacisnął palce prawej dłoni na framudze, natomiast lewą przetarł zaczerwienione oczy; widać, że ciało chłopca drży i że on również jest zmęczony całą sytuacją. Kiedy Sylvia przedstawiła mu się, dzieciak pokiwał pospiesznie głową, a jego usta zacisnęły się, zanim znowu się odezwał.
- Jest moim najlepszym przyjacielem, wiem, że umarł... Ale... nieważne, co pani słyszała! - Głos chłopca przeszedł pod koniec wypowiedzi w nieco zduszony pisk, którego zaraz spróbował się pozbyć przez energiczne pokręcenie głową. Wziął głęboki oddech i spojrzał nieufnie na kobietę.
- Mój tata nigdy by czegoś takiego nie zrobił... I... to naprawdę nie on... Jest zbyt dobry, ja wiem, że się kłócą między sobą, ale to nie mógł być tata. - Wyjaśnił łamiącym się głosem i ziewnął; dla dziecka taki natłok emocji, wrażeń i nieuniknionego płaczu jest bardziej męczące niż dla dorosłego. Ponownie przed podjęciem dalszej wypowiedzi zrobił dłuższą pauzę, podczas której odprowadził idącego ulicą Chrisa wzrokiem. Spojrzenie jednak zaraz wróciło na kobietę. - On nie był z panią..? Gdzie idzie?

Dla Chrisa:
Gdy alchemik dotarł do domu oskarżonego kilka lat temu o molestowanie dzieci mężczyzny, drzwi otworzył mu czarnowłosy człowiek o zielonych oczach i miło wyglądającej twarzy. Jego postura była raczej wiotka i niedbała, jednak na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś niebezpiecznego. Wells uśmiechnął się jakby przepraszająco, kiedy zauważył, że przybysz miał na sobie wojskowy mundur.
- Och... czyli to już. Bardzo chciałbym zaproponować panu kawę, ale... wie pan, jak to jest. - Brunet wzruszył ramionami, jednak zaraz zrobił miejsce swojemu gościowi, by ten mógł wejść do środka. W przedpokoju oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Wyglądać mógł góra na wczesną trzydziestkę.
- Słyszałem już o tym, co się stało. Ja... Naprawdę wiem, że jestem głównym podejrzanym w oczach sąsiadów. To wszystko sprzed kilku lat było absolutnym nieporozumieniem. Dowiedziono w sądzie, że jestem niewinny, ale świat jest mały, okrutny i nie zapomina takich rzeczy. - Zrobił pauzę, podczas której westchnął ciężko i potarł skronie.
- To chyba wszystko, co mogę powiedzieć. "To nie ja" zawsze wychodzi z ust najbardziej winnych. Mogę tylko odpowiedzieć na pytania, proszę pana.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 19, 2016 7:15 pm

Ciekawe... Pod tą maską opanowania i zimnego pracoholizmu tkwiło coś z zupełnie innego bieguna... Czyżby? Kontrast ma to do siebie, że uwypukla pewne cechy, a odruch serca zestawiony z dotychczasowym zachowaniem mężczyzny, od razu zwrócił jej uwagę. Choć nawet ten ruch mógł być wystudiowany i u Chris nie wiele miało to wspólnego ze współczuciem... Bardziej z pojęciem, że tak "trzeba". Wojskowy miał charakter góry lodowej i podobnego wdzięku wrażliwość... No nic, mają swoje zadanie. Sylvia wzięła w dłonie notatnik blondyna i przeczytała adresy. Pierwszy nie był wcale tak daleko od miejsca w którym się znajdowali, poza tym... Przyjaciel ofiary. Miała wrażenie, pewnie słuszne, że lepiej będzie, jeśli ona porozmawia z dzieckiem. Profesjonalizmu Panu Hawthorne nie mogła odmówić, natomiast brak wyczucia, już tak. Oddała notes, pożegnała się krótko i ruszyła w stronę domu... A właściwie restauracji, jak się okazało.
Nie zdążyła unieść wzroku na szyld, gdy jej spojrzenie napotkało brązowe oczy, o nabiegłych krwią białkach. Powieki spuchnięte przez łzy i stres nie ukryły niepokoju w tęczówkach, przyglądających się jej z niepokojem. Sylvia nie odwróciła wzroku od Feliciano, który bacznie obserwował całe zajście z drzwi, a teraz zwrócił całą swoją uwagę na nieznajomą. Skinęła lekko głową, dając znać, że chce wejść do środka, jednak zatrzymała się, słysząc, że lokal zamknięty. Chłopak dalej stał w przejściu, także w ten czy inny sposób nie zawita do restauracji, a i tak... To z nim miała porozmawiać. Z góry wiedziała, że to nie będzie łatwe. Śmierć Lovino odbiła się na chłopcu psychicznie i fizycznie. Był blady, cera mu zszarzała, drżał się i ogólnie, jeśli można tak się wyrazić... Zapadł się w sobie. Młodzieniec w jego wieku odznacza się siłą i wigorem, on natomiast był przygaszony, wzrok miał zmęczony a przez ciało co jakiś czas przechodziły dreszcze. Serce bolało na ten widok i Sylvia musiała powstrzymać odruch by go nie uścisnąć. Posłała mu za to delikatny uśmiech, który miał go nieco pokrzepić, ale nie zdziwiłaby się, gdyby to nie podziałało. Grymas kilku mięśni i szczerze chęci nie są w stanie polepszyć samopoczucia po tragedii... Niemniej, miała nadzieję, że trochę ciepła mu pomoże.
- Nie jestem klientką mój drogi. - odezwała się łagodnie czarnowłosa. - Nazywam się Sylvia Whitewood i chciałam tylko z Tobą porozmawiać. Wiem, że to dla Ciebie trudne, ale jest kilka rzeczy, o które chciałam Cię dopytać... - urwała widząc, jak kiwa szybko głową i zaciska mocno wargi. Znała ten gest, sama tak robiła w dzieciństwie, by powstrzymać płacz, gdy ojciec wyganiał ją ze swojej pracowni.
Tak, Chris wspominał, że właściciel rywalizującego lokalu jest też podejrzanym... Klasyczny przypadek, dzieci wrogich sobie rodzin zaprzyjaźniają się i może za kilka lat ich przyjaźń złagodziłaby waśń między starszymi... Lecz w tym przypadku? Pozostanie nie tylko niesmak, ale i podejrzliwość, pretensje... Sylvia uniosła obie dłonie w obronnym geście, gdy chłopak podniósł głos, pisnął, po czym obrzucił ją takim spojrzeniem, jakby miała zaraz zaaresztować go i całą jego rodzinę. Nie dziwiła się mu, tym bardziej nie dziwiła jej reakcja Feliciano. Wyglądał, jakby potrzebował snu, a targające nim emocje uniemożliwiały mu zmrużenie oka choć na godzinę. Po całej tej sprawie należeć mu się będzie szklanka ciepłego mleka i sen do oporu... Ewentualnie jakiś środek nasenny na kłopoty z bezsennością...
- Tak, przyjechaliśmy razem. Poszedł, jeśli się nie mylę, do Pana Wellsa. - odpowiedziała spokojnie, obserwując jak zareaguje. - Ja natomiast nie przyszłam tu po Twojego ojca ani do niego. Chciałabym porozmawiać z Tobą. Jeśli to nie był Twój ojciec i niesprawiedliwie go o to podejrzewają, to na pewno nie masz się czego bać. Może usiądziemy..? - zaczekała na przyzwolenie (bądź jego brak), nim zadała kolejne pytania. - Powiedz mi, kiedy ostatnio widziałeś Lovino i w jakich okolicznościach..?
Miała jeszcze kilka pytań w zanadrzu, ale musiała zacząć od tych najłagodniejszych, by go ani nie wystraszyć, ani nie zniechęcić... Zwłaszcza, że w dowolnym momencie chłopak może się załamać pod natłokiem emocji, rozpłakać albo zacząć krzyczeć. Póki co, pomału...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Wto Wrz 20, 2016 9:36 pm

Może okazał trochę uczucia, a może to było tylko na pokaz, żeby starszy człowiek lepiej się poczuł? Może zrobił to, gdyż tak trzeba było, albo sumienie mu kazało? Tego Sylvia aktualnie się nie dowie. Zakończyli jedną cześć śledztwa i należało przejść do kolejnej. Podzielili się pracą, gdyż nie trzeba było chodzić cały czas we dwójkę. Chris da sobie radę, a Sylvia z tego co wiedział i zobaczył potrafiła sobie poradzić. Miała charakterek, więc nikt jej nie podskoczy. Nie musiał się o nią bać. Poza tym miała przesłuchać dziecko, a nie mordercę. Da radę. Sam Hawthorne ruszył do domu Wellsa, który już zapewne mógł wiedzieć o tym co się dzieje, gdyż mieszkał dość blisko. Choć Hawthorne musiał przejść pewien kawałek do domu, który znajdował się na tej samej ulicy. Gromowładny alchemik zapukał kilka razy do drzwi i czekał, aż ktoś mu otworzy. W międzyczasie rozejrzał się po okolicy, żeby sprawdzić kilka rzeczy. Dom znajdował się niedaleko miejsca znalezienia zwłok, lecz znajdował się po tej samej stronie co dom państwa Salvatore. Interesujące. Przynajmniej już miał pewne podejrzenie skąd Wells mógł znać Feliciano i Lovino. Po kilku chwilach oczekiwania drzwi zostały otworzone. Stał w nich ciemnowłosy mężczyzna o zielonych włosach i całkiem przyjemnej dla oczu aparycji. Jego twarz wzbudzała ufność, więc nic dziwnego, że dzieci go lubiły. Jednakże Chris nie był tutaj, żeby zajmować się tym czy ktoś jest przystojny czy też nie.
- Możliwe. Ale i tak bym podziękował za kawę. Nie należy pić za dużo kofeiny. – rzekł Christopher wchodząc do środka i zatrzymując się w przedpokoju. Najwyraźniej gospodarz nie zamierzał zapraszać go dalej. Mogą załatwić to tutaj.
- Rozumiem, ale chciałbym zacząć od początku. Nazywam się Christopher Hawthorne i przybyłem tutaj, z powodu tych jak pan ujął przykrych wydarzeń. Zadam panu kilka pytań i prosiłbym o szczere odpowiedzi. Co panu wiadomo o tych wydarzeniach? Dlaczego uważa pan, że jest głównym podejrzanym, skoro nawet nie powiedziałem z jakiego powodu tu przyszedłem? Chciałbym też zapytać skąd znał pan Lovino i Feliciano? Ze szkoły, sąsiedztwa? Czy był pan z nimi blisko? I jeśli byłby pan tak uprzejmy, czy mógłby wyjaśnić o co chodzi z tą sprawą wcześniejszą? Poza tym kiedy ostatni raz widział pan chłopców? Jeden ze świadków zeznał, że mieli się z panem spotkać tamtego dnia. Było w ich zachowaniu coś dziwnego? Zachowywali się jakoś inaczej niż zazwyczaj? Byli przestraszeni, poruszeni, podnieceni czymś? No i standardowe pytanie czy ma pan jakiś dowód na to, że to nie pan. Ktoś z panem był, ktoś was widział? – zapytał Christopher. Ciekawiło go co powie mu mężczyzna i jak to się pokryje z zeznaniami innych świadków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Finley Ahearn
PANTERA ŚNIEŻNA

avatar

Liczba postów : 24
Join date : 29/08/2016
Motto : Ludzie podleją stopniowo.

PisanieTemat: Re: Ulice   Sro Wrz 21, 2016 2:45 am

Sylvia:
Chłopca poza smutkiem w tej chwili charakteryzował jakiś nieswój wygląd, jakby rozumiał więcej, niż się zdawał na pierwszy rzut oka. Na pocieszenia nie zareagował ulgą, a raczej wycofaną postawą a jego mina stała się zaniepokojona tym, że kobieta chciała pytać właśnie jego, a nie któreś z jego rodziców. Zdołał jednak powstrzymać płacz, a palce zacisnął na krawędzi wymiętej koszulki, a spojrzeniem uciekł gdzieś na bok, wbijając je w posadzkę. 
Dopiero uniósł je słysząc, że towarzysz kobiety poszedł do jego sąsiada i ma zamiar go przesłuchiwać; momentalnie zamarł, następnie przeszedł go dreszcz. Chciał ochronić swojego przyjaciela przed oskarżeniami, a może tkwiło w tym coś więcej? Teraz jeszcze bardziej nerwowo spojrzał za Chrisem, choć spojrzenie to było tak krótkie i przelotne, że nieuważnemu obserwatorowi mogłoby umknąć. 
Pokiwał energicznie głową, kiedy kobieta zaproponowała zajęcie gdzieś miejsc siedzących i wprowadził ją do lokalu w sposób elegancki i cokolwiek wystudiowany, dzięki czemu widać było, że bardzo aktywnie wspierał rodzinny interes. Odsunął jej krzesło przy drewnianym stoliku i dopiero, gdy zajęła miejsce, sam siadł po przeciwnej stronie. 
- Zanim zaginął widzieliśmy się we trójkę, a-ale pan Wells musiał iść wcześniej do domu, bo przygotowywał się do wyjazdu i zostaliśmy sami do wieczora. - Chłopcu głos nieco drżał od emocji, ale dawał radę z odpowiadaniem na pytania Sylvii. - Siedzieliśmy trochę u mnie a potem poszliśmy na spacer i się rozdzieliliśmy... - W tym momencie młodzieniec uciekł znowu wzrokiem, którym też unikał zahaczania o oblicze kobiety. - I... dalej już go nie widziałem, naprawdę! 
Chris:
Kolejny zakłopotany uśmiech był odpowiedzią na pierwsze słowa alchemika skierowane do Wellsa. Ten cierpliwie, ale z pewną niepewnością wymalowanej na twarzy, wysłuchiwał wszystkich pytań, które padały ze strony przybysza. Nie wydawał się w dalszym ciągu zdziwiony faktem, że jest przesłuchiwany w sprawie morderstwa chłopca z okolicy, raczej... zrezygnowany lub zasmucony całym zajściem. W tej chwili Hawthorne mógł dostrzec, że oczy jego rozmówcy są zaczerwienione, najprawdopodobniej od płaczu, który też niedawno ten przerwał. 
- Jestem realistą, w chwili, w której zmarło dziecko, a ja byłem oskarżany o to parę lat temu, oczywiste jest, że będę głównym podejrzanym przynajmniej w oczach miejscowych. - Odpowiedział spokojnie, choć pod koniec głos nieco mu się załamał. Westchnął ciężko, jednak było to absolutnie pozbawione przesady, której można by się było spodziewać w tej chwili. - Sąsiedzi siłą rzeczy znają się, między mną a nimi jest około ośmiu lat różnicy, a bliskość polegała jedynie na wspólnych spacerach czy grze w piłkę na ulicy. Właśnie przez spoufalanie się ze sporo młodszymi dziećmi zostałem oskarżony w plotkach o akt pedofilii a później, gdy dziecko spadło z wysokich schodów w okolicy, oskarżono mnie o zepchnięcie go z nich. Ta sprawa została wyjaśniona na drodze sądowej, jednak dalej mam wiadomą reputację w okolicy. Po jakimś czasie przycichło, ale przypuszczam, że znowu nie będę miał spokoju... - Głos znowu odmówił mężczyźnie posłuszeństwa, w związku z czym postanowił widocznie zrobić krótką pauzę. - Chłopców widziałem w dniu zaginięcia i to prawda, ale zachowywali się tak jak zwykle. Nie wiem, co było dalej, koło szesnastej musiałem się pakować na wyjazd do rodziny do Centrali i odjechałem tego samego wieczora. Mam bilet kolejowy, jeśli trzeba go okazać. Widzieli nas rodzice chłopców, sąsiedzi... Standardowo. - I jeśli Chris nakazał mu pokazać ten bilet, mężczyzna zrobił to. 


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sylvia Whitewood
SKORPION

avatar

Liczba postów : 19
Join date : 04/08/2016
Motto : Jeśli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć.

PisanieTemat: Re: Ulice   Czw Wrz 22, 2016 11:44 am

Nie, nie, jeszcze raz nie... Nic innego jak męcząca, ale nieunikniona gra podchodów, którą Sylvia znała aż za dobrze. Takie jej szczęście, ale była skora ją podjąć, ofiarą jej czasu i trudu dobrej rozmowy. Przyjechała tu sądząc, że napotka ofiarę Szczurołapa i jakąś wskazówkę odnośnie jego osoby, ale natrafiła na zagadkowe morderstwo. Kobieta spróbowała nawiązać kontakt wzrokowy z Feliciano, ale uparcie błądził oczami w każdą inną stronę. Prosta oznaka nieszczerości. Podkreślał swoją niewiedzę nadmiernie, w jednym zdaniu wyznał wszystko co wiedział, a gdyby użył choć jednego słowa więcej, pewnie rozpłakałby się z emocji. Tędy droga, ale wyciąganie informacji z roztrzęsionego nastolatka było bardzo trudnym i delikatnym zadaniem. Zwłaszcza, że musiała wyczuć na co może sobie pozwolić... Wiedział więcej niż mówił, być może i był świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć, a teraz odbijało się to na jego psychice... Gdyby tylko wiedział, że to jego wiek chroni go przed podjęciem przez nią bardziej radykalnych środków... Sylvia ograniczyła się do łagodniejszego badania. Obserwowała jego mimikę, gesty, drżenie ciała. Czy to było możliwe, że bladość i drżenie było wywołane czymś innym niż przejęcie? Widziała ukradkowe spojrzenie jakie rzucił za Majorem... Czyżby obawiał się, że niesłusznie zamkną jego przyjaciela? A może właśnie taka miał nadzieję..?
- Weź głęboki wdech... - Sylvia wyciągnęła rękę i ujęła jego dłoń, przy okazji dyskretnie się jej przyglądając, zwłaszcza paznokciom. Taki odruch. - Jeszcze jeden. Dobrze. A teraz proszę, spójrz na mnie. - nie odrywała od niego spojrzenia, bez względu na to, czy wbijał je w nią czy w stół. - Powiedz, Twój tata to dobry człowiek. Na pewno go szanujesz i on szanuje Ciebie, ale Lovino był z konkurencyjnej restauracji. Wiem, że to nic nie znaczy, ale jak odnosił się Twój przyjaciel do Twojego ojca, a on do niego..? A Twoja mama..? - obniżyła nieco głos, pojawiła się w nim delikatniejsza nuta. - Jaką trasą szliście tamtego popołudnia i kiedy się rozdzieliliście? Pamiętasz czy coś słyszałeś? Czy Lovino... Bał się czegoś... Obawiał kogoś..? Wiesz, że każde słowo pomoże nam rozwiązać... Tę sprawę...
Zamilkła nagle, jakby teraz jej głos się załamał i spuściła głowę, odwracając się do Feliciano bokiem. Czarne loki na moment zakryły jej twarz. Nim zabrała dłoń, chłopak mógł wyczuć, że teraz ona drży, zasłoniła sobie nią usta. W ciszy pustego lokalu dało się słyszeć przyśpieszony oddech, jakw chwili gdy ktoś się stara uspokoić. Po dłuższej chwili Sylvia uniosła głowę, wycierając łzy w kącikach powiek. Emocje jednak wzięły górę, huh..? Wyglądała na bardzo poruszoną, na ładnych wargach pojawił się smutny, zawstydzony i przepraszający uśmiech.
- Przepraszam... Mam wam pomóc, a sama... Sama się rozklejam... - przetarła palcami powieki, teraz to ona unikała spojrzenia chłopca. - Błądzę tylko po omacku i wygląda na to, że nie radzę sobie sama z emocjami. Chciałam pomóc... Odpowiedzieć na pytania bez odpowiedzi. Trzeba dowiedzieć co się stało, bo przecież... Jak wspominać będą Lovino Państwo Salvatore..? Jak Ty? Pan Wells? Jako ofiarę przypadkowego mordercy... Ze świadomością, że nigdy nie dowiemy się z jakiego naprawdę powodu zginął chłopiec? Dziecko..? Ja... Ja widziałam jego ciało... - schowała twarz w dłoniach, biorąc głęboki, drżący oddech. Ramiona zatrzęsły się wyraźnie, gdy po raz kolejny próbowała się uspokoić... Wypadła bardzo przekonywująco, plus przed wymęczonym negatywnymi przeżyciami chłopcem, nie musiała się tak starać. Grała, subtelnie, z wprawą, w końcu znała się na tym tak dobrze jak na chemii. A kto by nie uwierzył w szczere intencje kogoś, kto rozkleił się podczas śledztwa, porażony okrucieństwem tego świata? Zwłaszcza gdy tym kimś jest młoda, wrażliwa kobieta, chcąca zrobić coś dobrego? Tym bardziej, że Sylvia naprawdę miała ochotę uronić kilka łez nad losem Lovino, lecz była na to zbyt opanowana - teraz była ku temu okazja, wystarczało się usprawiedliwić koniecznością zagrania na uczuciach Feliciano. Brzmi to okrutnie, ale widząc, że ktoś łączy się z nim w bólu, ktoś rozumie i tak samo się przejął... Czyż nie przynosi to pewnej ulgi w tym wszystkim? Kobieta, która miała go przepytać rozkleja się. Może nie zwracać uwagi na to co mówi, a choćby i była z wojska, to ma też ludzkie uczucia. Niewykluczone, że sama przeżyła coś podobnego, dlatego tak ją ta sprawa dotknęła. Wytłumaczeń jest wiele, ale pozostawiła je fantazji brązowłosego chłopaka.
Z powodu braku chusteczki, obtarła łzy rąbkiem rękawa koszuli. Oczy miała nieco podpuchnięte, twarz subtelnie zarumienioną. Jeśli zebrał się w sobie, by jeszcze coś powiedzieć, wysłuchała. Wzięła głęboki wdech, poprawiła torebkę i powstała z krzesła. Sylvia wygładziła spódnicę i wzdychając cicho, odwróciła się jeszcze do młodzieńca, próbując się niemrawo uśmiechnąć. Nie wyszło, ale podeszła do Feliciano i go objęła, głaszcząc lekko po włosach. Był to krótki, miły gest, ale z pewnej obawy, że może się wyrwać, odsunęła się zaraz. Rozprostowała palce i splotła je ponownie na swojej zaufanej parasolce.
- Uważaj na siebie, dobrze..? To chyba pora bym poszła. Czy na pewno, nie ma czegoś... Co chciałbyś jeszcze powiedzieć..? - wpatrzyła się w niego spojrzeniem pełnym współczucia i zrozumienia. Wysłuchała (bądź nie, jeśli niczego nie powiedział), łagodnie kiwając głową, a potem jakby nagle sobie coś przypomniała. - Oh. Nie wiem, czy mogę porozmawiać z Twoim ojcem, ale miałam jeszcze rozkaz by sprawdzić piwnice... Mógłbyś mnie do niej zaprowadzić? Jeśli nie chcesz, może to zrobić kto inny.

OOC
Chciałam trochę przyśpieszyć śledztwo, nie wiem czy za dużo w jednym poście nie zawarłam. W razie czego dajcie znać, coś się "obetnie".


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Hawthorne
GROMOWŁADNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 45
Join date : 07/08/2016
Age : 23

PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Wrz 23, 2016 10:02 pm

Musiał zadać te pytania, gdyż taka była procedura. Pan Wells był podejrzanym, gdyż został wskazany przez ojca ofiary, za osobę, która mogła popełnić ten czyn. Należało więc przesłuchać mężczyznę i uzyskać odpowiedzi, a następnie porównać je z posiadaną wiedzą na temat sprawy. Takie były procedury i nic z tym nie można było zrobić, a nawet jeśli mógłby, to nie miał zamiaru. W takich rzeczach trzeba przestrzegać określonych rzeczy, inaczej gówno się dowiedzą. Mężczyzna przebywał często z chłopcami, przez co miał pewnie dużo do powiedzenia na ich temat. Aktualnie jednak Christopher słuchał odpowiedzi na pytania. Sytuacja była trudna dla pana Wellsa, ale kto powiedział, że życie jest łatwe? Oczy miał zaczerwienione od dłuższego płaczu, ale musieli przejść przez to. Im szybciej i prościej tym lepiej. Chris widział, że śmierć dziecka mocno nadszarpnęła nerwy mężczyzny. Drżenie dłoni, opuchnięte oczy i ten zakłopotany uśmiech. Była możliwość, że doskonale przygotował swoją rolę, ale zawsze istniały pewne rzeczy, których nie da się kontrolować i przewidzieć.
- Rozumiem. – powiedział Christopher, choć zapewne nie wiedział jakie to uczucie znaleźć się w takiej sytuacji co Wells. Łatwo kogoś oskarżyć i utrzymywać plotki, nawet jeśli są jednym wielkim kłamstwem. Potem jedno złe wydarzenie i łatka mordercy, zboczeńca i dziwaka została przyspawana na dobre. Hawthorne spotkał się kilka razy z niesłusznymi oskarżeniami w stosunku do podejrzanych, jednak ci rzadko otrzymywali przeprosiny. Łatwiej obrzucić błotem, niż przeprosić. To było tak typowe dla ludzi.
- Chciałbym zobaczyć ten bilet jeśli można. – rzekł Gromowładny Alchemik, a następnie obejrzał wydruk podany przez pana Wellsa. Nie znali dokładnie godziny śmieci dziecka, ale mniej więcej pokrywało się to. Czyli ma alibi. Hawthorne spisał dane z biletu na wszelki wypadek. Dzięki temu będzie miał mężczyzna potwierdzenie u majora, że posiadał bilet.
- Dziękuję. To raczej wystarczy, ale w razie czego prosiłbym pana o nie opuszczanie miasta. Chciałbym też zadać kilka pytań o przyjaciela Lovino. Czy między nimi dochodziło do spięć? Kłócili się o coś lub nie zgadzali? Poza tym co mógłby mi pan powiedzieć o panu Vargasie? Podobno on i rodzina chłopca byli w konflikcie. Czy zauważył pan, by w jakiś sposób groził chłopcu, a może Lovino się go obawiał? Jakie były między nimi stosunki? Na koniec chciałby obejrzeć pana piwnicę jeśli można. – rzekł Christopher. Czasami spojrzenie trzeciej osoby na stosunki innych jest bardzo pomocne. Możliwe, że pan Wells dostrzegł coś, czego nie widzieli inni. Jak sam przyznał miał dobry kontakt z dzieciakami, więc może chłopiec zwierzył mu się z czegoś, czego nie chciał powiedzieć rodzicom. Wells mógł być osobą, której mogli powierzyć pewien sekret.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aleksiej Woronin
LISI ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 171
Join date : 11/08/2016
Motto : I want nothing anymore but simplicity, quiet, murmurs and order.

PisanieTemat: Re: Ulice   Pon Wrz 26, 2016 3:25 pm

Brawo dla Sylvii, idealnie. Tym razem na odwrót, bo i tak się znowu spotykacie, i myślę, że kończymy. Ogólnie za tego posta przepraszam, bo już teraz wiem, że będzie słaby, ale jak nie napiszę go teraz to nigdy nie dam rady. I takie osobiste spostrzeżenie, Sherlock znaczyło bodajże "blondyn" - Chris. Serialowy brat Sherlocka zawsze miał przy sobie parasol - Sylvia. Ojej. 

Chris:
(kawałek o błocie i ludziach ładnie ułożony, kocham)
Bilet został okazany od razu; mężczyzna pobiegł szybko po niego do innego pokoju. Wszystkie dane znajdujące się na nim potwierdzały, jakoby Wells był w tej chwili poza miastem i nie mógł się dopuścić w tamtym czasie tego czynu. Podróż była zbyt długa by mógł po prostu zawrócić w pewnym momencie i wrócić do Napoli jeszcze tego samego dnia. Starał się obserwować to, co zapisywał alchemik i ostatecznie pokiwał głową w wyrazie niemej wdzięczności.
- Dorastający chłopcy, wie pan, już tak mają... Biją się i kłócą, ale nigdy na poważnie. Tamtego dnia byli dosyć nerwowi i trochę się przezywali, ale takie dni też się zdarzały. Jak każdemu. A ta rywalizacja... Toczyła się jedynie na tle zawodowym. Nawzajem dobrze traktowali swoje dzieci, chłopcy jadali obiady na zmianę w swoich domach, przesiadywali w nich i nikt nie miał z tym problemu. Ale na pewno nikt nikomu nie groził. I... piwnica? Tak, jasne, drzwi obok schodów... - Mężczyzna wskazał ruchem dłoni na wymienione drzwi i zaprowadził tam Chrisa, samemu najpierw schodząc na dół. Wnętrze było typową piwnicą, raczej niezbyt używaną, co wskazywać mogło jedynie na to, że mężczyzna niewiele rzeczy tu przechowuje... I ciało chłopca bynajmniej nie było jedną z nich. Nie było tu żadnych śladów, które mogły coś takiego podpowiadać. Potem puścił go przodem, a kiedy alchemik wyszedł już na górę, do domu wbiegła jakaś postać; nie była niska, ale trudno było ją uznać za dorosłą... 

Sylvia:
Paznokcie chłopca były zadbane i czyste - widocznie taki wymóg postawiony był w tym domu przez rodziców, którzy prowadzili lokal, w którym jadali ludzie i nie mogli pozwolić na jakiekolwiek ślady brudu. Chłopiec poszedł za radą Sylvii, jednak nie był w stanie się do końca uspokoić; ostatecznie uniósł niepewnie i z ociąganiem spojrzenie na piękną twarz kobiety, jednak widać było, że bardzo walczy ze sobą by nie uciec wzrokiem na nowo. 
- Byli... Okej... często jadł u nas a ja u niego. Znał się z moimi rodzicami i... - Urwał, dopiero po chwili dostrzegając stan, w jakim była kobieta. Oczy otworzyły się szerzej, a palce zacisnęły na jej dłoni; w końcu wzrok znowu wbił w blat, a sam dzieciak pokręcił energicznie głową w odpowiedzi na ostatnie pytanie Sylvii. 
- Nic się nie stało... - Pisnął chłopiec, a kiedy ona zaczęła zadawać kolejne pytania retoryczne, milczał, nie śmiejąc ani na chwilę jej przerwać. Najwidoczniej jej gra przyniosła pożądany skutek, chłopiec był jeszcze bardziej rozchwiany niż wcześniej i zdecydowanie wydawał się wiedzieć coś więcej na temat tej sprawy. Kiedy ona wstała, on zrobił to samo i jedynie pogładził jej plecy dłonią w dość niezgrabny sposób, gdy został przytulony. 
- J-ja... - Głos dalej był piskliwy a ciało drżało, kiedy Sylvia odsunęła się od niego. Po wyrazie jego twarzy było widać, że jest roztrzęsiony, co tylko potwierdziła nagła ucieczka z lokalu i pognanie na ślepo do... 

Oboje (zakładam, że Sylvia ruszyła za nim): 
- TO JA! TO JA, TO JA TO WSZYSTKO ZROBIŁEM! - Wykrzyknęła postać, która wbiegła do domu Wellsa. Był to zasapany po biegu chłopiec, którego właśnie skończyła przesłuchiwać towarzyszka Chrisa. Zobaczywszy naprzeciwko drzwi frontowych alchemika, dzieciak zrobił zaciętą, ale przestraszoną minę. 
- N-nie rób mu nic! To ja! Nie on! - Trudno określić, czy jego głos w tej chwili był warknięciem czy kolejnym wystraszonym piskiem, jednak najwidoczniej zakładał najgorsze - nieznajomy poszedł za dawnymi oskarżeniami mieszkańców okolicy i postanowił wymierzyć sprawiedliwość niewinnej osobie. Pod dom domniemanego zbrodniarza od razu zbiegli się sąsiedzi i badająca sprawę milicja; zarówno Wells jak i chłopiec zostali z niego wyprowadzeni i przesłuchani ponownie. 
Jak się okazało, młodszy zabił swojego kolegę nożem, który jako początkujący kolekcjoner kupił jakiś czas temu, a przyczyną ich sporu był właśnie ten przedmiot. Ofiara chciała odkupić go, później zabrać, gdy Feli nie patrzył i kiedy zorientował się, że kolega chce go okraść, rzucił się na niego. Mniejszy Lovino spadł ze schodów (pokój jego kolegi był na piętrze), jednak nie został przez nikogo zauważony - wszyscy byli wtedy w pracy - natomiast jego przyjaciel w przypływie emocji zadał mu kilka ciosów w brzuch, zupełnie na oślep; ślady przypominać mogły takie zostawione nóż kuchenny, jednak nie do końca. Spanikowany chłopiec przeciągnął ciało do piwnicy swojego domu i to właśnie tam tkwiło ono przez dłuższy czas; dopiero po paru dniach "zutylizował je", wrzucając je do studzienki ściekowej nocą. Krwi pozbył się zwykłymi domowymi metodami spierania jej z materiałów, bowiem najbardziej ucierpiały dywany w jego domu. 
Po wyjaśnieniu sprawy Sylvii i Christopherowi podziękowano zarówno dosłownie jak i pieniężnie, po powrocie do Central. Rozwiązanie tajemnicy było na wyciągnięcie ręki, a jednak tak jej odległe. Chłopiec wylądował w zakładzie poprawczym, gdzie jest pod stałą opieką psychologa, a Wells postanowił wyprowadzić się z miasta i zacząć gdzieś życie od nowa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Johannes Wolfberg
WIETRZNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 39
Join date : 16/09/2016
Motto : Ludzie to kretyni

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Paź 01, 2016 9:25 pm

- "Central. Znowu Central." - Pomyślał sobie Johannes, przez chwilę stojąc i wpatrując się w budynki miejskie.
Nie da się ukryć, nie przepadał za Central. Dlaczego nie przepadał za Central? Bo nie przepadał za ludźmi... Wszystkimi ludźmi, w tym sobą. Tymi dwunożnymi, głupimi istotami myślącymi w zwierzęcych kategoriach przez większość czasu i dążącymi do autodestrukcji poprzez wymordowanie się nawzajem... Prócz tego w większości niedouczeni i łatwi w manipulacji, zasadniczo to mógł tak wymieniać cały dzień. Olać fakt, że na siebie powiedziałby znacznie mniej i wywyższa się nad ten "Ludzki Brud" bo zdaje sobie sprawę z błędów i stara się ich nie popełniać, a tak naprawdę za bardzo się od reszty ludzi nie różni. Przecież jest lepszy, bo... Bo... Bo tak i tyle.
Na szczęście, ostatnio miał wyjątkowo dobry humor. W końcu ma ucznia, który już mu się parokrotnie przydał... Tak czy owak, nie miał cały czas krzywej gęby jak podczas ostatniej wizyty w Central tylko w miarę dobrze się trzymającą maskę typowego ludka z tych okolic. A przynajmniej tak się wydawało.
- Teraz tylko coś zjeść i mogę wracać do domu... - Powiedział sobie pod nosem z fałszywym jak on sam uśmiechem, po czym ruszył dalej, wodząc wzrokiem po tutejszych lokalach.
Nieszczęście polegało na tym, że zaczął też zapalać papierosa, przez co przez dłuższą chwilę nie patrzył na drogę przed sobą i była duża szansa, że na kogoś wpadnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Paź 01, 2016 11:34 pm

Dzień jak każdy inny, acz nieco chłodniejszy i nie tak przyjemny, jak typowe dla na przykład września, zmusił Ileanę do szybkiego uwinięcia się z zakupami. Kapiący co jakiś czas z nieba deszcz niewiele jej ułatwiał, bo sama nie znosiła moknąć, a noszenie siatek ze sprawunkami w pojedynkę nie należało do najmilszych doświadczeń, szczególnie, gdy miało się na utrzymaniu nie tylko siebie samą, kawiarnię, ale też cholernego obiboka zwanego też młodszym braciszkiem. Ileana była osobą, która nie znosiła marnowania czasu i wszystko chciała robić już, teraz, natychmiast, przez co często znajdowała się w sytuacjach takich, jak obecna.
Tegoż też huncwota wyklinała w myślach na tysiąc i jeden sposób, szczególnie w chwili, gdy wiatr postanowił zabawić się z jej włosami i co gorsza ze spinką, która już wcześniej nieco poluzowała swój uścisk na kruczoczarnych kosmykach, a teraz... wpadła prosto do jakiejś paskudnej, obmierzłej kałuży. Ileana stanęła jak wryta i po prostu przyglądała się obiektowi, który bez wątpliwości był konieczny do jej poprawnej egzystencji, jednak w jej spojrzeniu było coś, co sprawiało wrażenie, jakby wyżej wymienioną spinkę chciała zamordować albo przynajmniej zamienić w kamień. 
- Cholerny świat! - Warknęła cokolwiek głośno i nieudolnie zaczęła się pochylać do spinki, naraz dalej trzymając mocno trzy torby z zakupami. Scena musiała wyglądać zabawnie, jednak samej kobiecie bynajmniej nie było do śmiechu. W końcu, niby wózek w scenie ze schodami odeskimi, z siatki poleciała pomarańcza, potem za nią popędziła cytryna i popełzły zdradzieckie banany, a Ileana zaczerwieniła się ze złości i chwyciła spinkę, jednak teraz pozostawała też kwestia uciekających owoców. 
Traf chciał, że akurat, jak kobieta próbowała niczym dzielny rycerz Jedi przyzwać siłą umysłu dezerterów, ktoś wpadł na jej plecy, a że był wyższy i podłoże było śliskie, zaraz nie tylko spinka, ale i sama Nemes wylądowała w błocie, razem ze wszystkimi zakupami. 
- Ty... ty... - Głos brunetki wahał się między warczeniem a czymś rozpaczliwym. Ten dzień chyba jej nienawidził... 
Powrót do góry Go down
Johannes Wolfberg
WIETRZNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 39
Join date : 16/09/2016
Motto : Ludzie to kretyni

PisanieTemat: Re: Ulice   Sob Paź 01, 2016 11:59 pm

Zapowiadał się taki miły dzień w Central. Wyjątkowy, bo miły. Olewając już deszcz i chłodną pogodę, bo zasadniczo ta Johannesa nie obchodziła, ale nikt go nie zdenerwował w ciągu dnia i nawet wytrzymywał towarzystwo innych ludzi wokół. A biorąc pod uwagę jego nienawiść do rasy ludzkiej, było to wyjątkowe, naprawdę wyjątkowe osiągnięcie. Pewnie już by dawno przeklinał w myślach jacy oni są głupi i natarczywi, i jak śmierdzą, ale nie! Dzisiaj rozmyślał o składaniu czołgu jak wróci do domciu, o tym co wymyśli dla Garretta w ramach szkolenia, cały pakiet! Taki szczęśliwy dzień się zapowiadał!
A tu nagle zderza się z kimś, co zaburza jego równowagę... Dalszy rozwój wypadków zapewne już wygląda komicznie, bo alchemik wykonuje istny piruet na mokrym chodniku, przy okazji śmiesznie wymachując rękoma celem utrzymania się przynajmniej w pozycji stojącej. Niestety, próba odratowania się spłonęła na panewce, a wręcz pogorszyła sprawę. Bo o ile wcześniej Johannes wylądowałby na boku, to teraz leciał twarzą prosto na chodnik... Reszty można się domyśleć.
W momencie zderzenia z zimną, twardą, mokrą i obłoconą posadzką, nienawiść do świata wróciła i zaczął ponownie przeklinać ludzi... Że w ogóle ŚMIELI się pod niego podkładać i powodować tak haniebne zderzenie z chodnikiem! To na pewno uczyniła jakaś wredna osoba, jakiś paskudnik, który chciał znieważyć publicznie biednego Johannesa... Albo nawet go zranić! Albo zabić! To był zamach na jego życie!
Johaś, szykując już w myślach plan rozczłonkowania osoby za to odpowiedzialnej, powoli podniósł swoją twarz z złamanym nosem, czego aktualnie nie czuł, z bruku, przy okazji podnosząc się też do pozycji kucającej, bo tyłka moczyć nie chciał... I z tak pobrudzoną twarzą, i krwią cieknącą z połamanych nozdrzy, spojrzał na Ileanę, na początku z wściekłością, ale potem z rosnącym zdumieniem. Spodziewał się jakiegoś gałgana, jakiegoś dziecka lub kieszonkowca co wpadł na niego i teraz będzie przepraszać za to co zrobił, i przy okazji zwinie mu zegarek lub portfel... Ale nie spodziewał się młodej brunetki, trzeba przyznać całkiem zacnie wygląda pomimo kiepskich warunków atmosferycznych, która aktualnie jest na krawędzi spalenia Johannesa na stosie lub po prostu rozpłakania się na ulicy... I tutaj coś Państwowego Alchemika tknęło. Tak, nawet ten denerwujący mizantrop miał coś na kształt serca lub przynajmniej sumienie. Albo interes.
Nieważne jakby się to nazwało, jego mina przeszła bardzo szybką ewolucję z wściekłości, poprzez szok i oszołomienie, aż do wyrazu wręcz przepraszającego, co... Zdarza mu się chyba po raz pierwszy, tak naprawdę.
- ...Co ja najlepszego zrobiłem! Przepraszam najmocniej, pomóc Pani wstać? - Wyrwał udawanym, przynajmniej w części, zdumionym i szukającym przebaczenia głosem, wstając też na równe nogi i podając Ileanie rękę, uprzednio pośpiesznie wytartą w spodnie.
Trzeba przyznać, był podobnie lub nawet lepiej umorusany błotem co ona, a przynajmniej z frontu, więc pewnie wyglądał dla niej komicznie lub niczym typowy brudas z ulicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Ulice   Pią Paź 07, 2016 7:25 pm

Leżała pod jakimś facetem i nie było to doświadczenie ani erotyczne ani przyjemne, a jedyne emocje, jakie towarzyszyły młodej kobiecie to chęć mordu połączona z niesamowitą wściekłością, że ten imbecyl nie raczył spojrzeć nawet pod nogi. Obróciła się, by móc spojrzeć na wyżej wymienioną pokrwawioną kalekę, i ta też osoba mogła poczuć na sobie miażdżące spojrzenie. Jeśli ją ubrudzi krwią, to straci rękę. Błoto to pół biedy, bo idzie je po ludzku sprać z ubrań, to z krwią trzeba było się więcej babrać. 
Nie obchodził ją sposób, w jaki jego mimika się zmieniała, w jaki patrzył na nią, w tej chwili bardzo mocno starała się walczyć ze swoim gniewem i to absorbowało całą jej uwagę. Siedziała jeszcze dłuższą chwilę w błocie i tylko gapiła się na niego spojrzeniem, które mogłoby go przebić milionem różnych ostrzy i torturować na tysiąc i jeden sposobów. Dopiero po dłuższym momencie zrozumiała, że ten coś do niej gada i że podaje jej dłoń. 
Natychmiast go odtrąciła. 
Wstała sama, rzuciła mu ostatnie mrożące spojrzenie i przez jakiś czas ignorowała obcego całkowicie, po prostu zbierając swoje zakupy. Uznawszy, że wszystko jest mniej więcej tak jak trzeba, wcisnęła facetowi najbardziej ubłoconą torbę i spojrzała na niego z niemym "lepiej tego nie upuść, lebiego cholerna", po czym wpięła spinkę we włosy i żeby nie kusiły ją rękoczyny, wzięła sama pozostałe zakupy. 
- Ty - warknęła tak, że nic tylko spytać, dlaczego babcia ma takie wielkie oczy i dać się pożreć. - Bierzesz to - ruchem głowy wskazała na torbę. - I niesiesz ze mną tam - odwróciła teraz głowę w kierunku swojego lokalu, po czym znowu spojrzała na mężczyznę. 
- Potem... - Ton przeszedł płynnie w poirytowany i zdecydowanie władczy, z zabarwieniem wskazującym na wrogość i groźbę. - ... Potem nigdy nie pokażesz mi się na oczy, bo jak cię zobaczę, to nogi z dupy powyrywam - Jeśli wcześniej, gdy nie ogarniała, co, jak, gdzie i kiedy, mogła się wydawać jakkolwiek urocza, to z aktualną miną, a raczej grymasem, którego pozazdrościć by mogły pochodzące z rycin demony, już raczej nie było o tym mowy. 
- Na co czekasz? Idziesz za mną, raz. - Rzuciła dalej władczym tonem, czekając, aż delikwent zacznie iść we wskazanym wcześniej przez nią kierunku. Powinien się cieszyć, że nie zagroziła mu pokryciem szkód ani policją, w końcu gdyby to i owo ubarwić, sytuacja mogłaby wyglądać na napad albo próbę gwałtu. 
Powrót do góry Go down
Johannes Wolfberg
WIETRZNY ALCHEMIK

avatar

Liczba postów : 39
Join date : 16/09/2016
Motto : Ludzie to kretyni

PisanieTemat: Re: Ulice   Nie Paź 09, 2016 8:25 pm

[Z/T]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ulice   

Powrót do góry Go down
 
Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Magnum Opus - Fullmetal alchemist pbf :: Napoli-
Skocz do:  





OBRAZKI POJAWIAJĄCE SIĘ NA FORUM WZIĘTE Z ZEROCHANA, DEVIANTARTA LUB TUMBLRA. JEŚLI UŻYLIŚMY TWOJEJ PRACY I NIE ŻYCZYSZ SOBIE TEGO, SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI.

@ Moe(Roth) - Twórca stopki.
Kate - Autorka ogłoszenia
Za wszelkie przeróbki odpowiada Casey.